A.D.: 15 Wrzesień 2019    |    Dziś świętego (-ej): Albin, Nikodem, Roland

Patriota.pl

Można bez przesady powiedzieć, że od wielu wieków nie znano
takiego poniżenia myśli ludzkiej jak to,
którego doznała pod rządami marksizmu.
Józef Maria Bocheński, Sto zabobonów

 
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Błąd
  • Nieudane wczytanie danych z kanału informacyjnego.
  • Nieudane wczytanie danych z kanału informacyjnego.

Soûl comme un Polonais, czyli chocholego tańca ciąg dalszy

Drukuj
Ocena użytkowników: / 6
SłabyŚwietny 

Tags: Hic et nunc | Lewiatan

Moskale bracia! Co w was jest  s z a t a n e m,
Tegośmy na chrzcie polskim się wyrzekli […]
C.K. Norwid, Do Moskali - Słowian

Tak więc historia zatoczyła koło. Podobnie jak w XVIII wieku, tak i obecnie, my Polacy jesteśmy w oczach świata narodem nieodpowiedzialnym, szaleńców nie liczących się z realiami, a do tego alkoholików, którzy nie są w stanie zachować należnej powagi nawet przy okazji ważnych, bynajmniej nie kojarzących się z rozrywką, wydarzeń. Taki przekaz bezpośredni przesłali dla świata o Polsce i Polakach Rosjanie ogłaszając raport o przyczynach smoleńskiej tragedii z 10 kwietnia 2010 roku. W domyśle – „Amerykanie i Europejczycy, macie do czynienia z narodem niepoważnych szaleńców, którzy stanowią zagrożenie nie tylko dla siebie, ale też i dla Was. Macie do czynienia z narodem, który nie tylko nie może być traktowany jako poważny partner na płaszczyźnie politycznej (ciągle coś im się nie podoba, ciągle czegoś chcą, ciągle o coś mają pretensje), ale wręcz nie zasługujący na niepodległość”.

Czekiści doskonale wykonali swoją pracę, podobnie jak ich poprzednicy za czasów Niemki na carskim tronie Katarzyny Wielkiej. Natychmiast na Zachodzie znaleźli się uczynni publicyści w rodzaju J. J. Rousseau, którzy – abstrahując już czy z głupoty, czy za pieniądze – zaczęli powielać zaproponowany przez Rosjan obraz Polski. Ale przecież to nic nowego i wszyscy, włącznie z premierem Tuskiem (wybaczcie, ale nie wierzę w jego naiwność i defekt mózgu), się tego spodziewali (może z wyjątkiem dziennikarzy, którzy uwierzyli własnym kłamstwom i ulegli własnym dezinformacjom). Przecież oczywiste było, że rosyjskie śledztwo było prowadzone pod dyktando z góry przyjętego założenia.

Majstersztykiem było podanie informacji, że generał Błasik był pod wpływem alkoholu. Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak z punktu widzenia PR istotna to była informacja i jak destrukcyjny skutek będzie ona miała dla wizerunku Polaków na Zachodzie, a w szczególności dla znienawidzonych wśród unijnego establishmentu polskich elit katolicko-narodowych. Podana tak niby na marginesie całej sprawy informacja pozostawi w świadomości zachodnich konsumentów medialnej papki o wiele głębszy ślad niż cała reszta informacji. Z upływem czasu utrwali się stereotyp, że katastrofę samolotu z polską delegacją pod Smoleńskiem spowodował awanturujący się w kabinie pilotów pijany generał Błasik. I nikt nie będzie pamiętać, że było to (o ile w ogóle było?) skromne 0,6 promila. Wiadomo, jak słyszymy, że ktoś był pod wpływem alkoholu, to natychmiast pojawia się nam przed oczami obraz słaniającego się na nogach człowieka. A jak wiadomo zwykle nie pije się samemu, więc Prezydent i inni członkowie delegacji też musieli być „pijani”. Krótko mówiąc przyczyną katastrofy była libacja z udziałem najwyższych polskich elit na pokładzie tupolewa. Przesadzam? Oby nie było gorzej.

Tak, czekiści wykonali swoją robotę wzorowo. Ale należy też pamiętać, że nieocenioną pomoc uzyskali od Donalda Tuska, który oddał im prowadzenie – jak się okazuje całkowicie pozornego – śledztwa. Bo przecież rząd każdego innego państwa z chwilą uzyskania informacji o rozbiciu się samolotu z VIP-ami na pokładzie sprawę postawiłby jasno. Natychmiast do Moskwy poszłaby kategoryczna nota, żeby Rosjanie trzymali się z daleka od miejsca katastrofy i że śledztwo przejmuje właściciel samolotu. Będący na miejscu funkcjonariusze BOR natychmiast w miarę posiadanych możliwości przejęliby kontrolę nad miejscem tragedii. W trybie pilnym przysłano by wyspecjalizowany zespół śledczy, który przebadałby każdy centymetr kwadratowy miejsca rozbicia się maszyny. Teren zostałby zabezpieczony przed osobami postronnymi, zaś wszystkie odnalezione przedmioty, mające związek z samolotem i podróżującymi nim osobami, drobiazgowo zbadane przez ekspertów. To takie minimum niezbędne do rzetelnego ustalenia przyczyn tragedii, a mimo to żadne z tych działań nie zostało podjęte.

Cały rozwój sytuacji po 10 kwietnia 2010 r. zdradza namiętną słabość rządzącego Polską układu do Rosjan. Można zaryzykować twierdzenie, że słabość ta nie ustępuje swoim natężeniem do tej, jaką zdradzali wobec carycy Katarzyny jej marionetka na polskim tronie Stanisław August Poniatowski, a następnie targowiczanie po uchwaleniu Konstytucji 3 Maja. Przesadzam? A kto za plecami śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego spiskował z Władimirem Putinem odnośnie uroczystości upamiętniających 70. rocznicę mordu jakiego Rosjanie dopuścili się na 22 tysiącach Polaków? Czy Donald Tusk odpowiedział na brudne, mające na celu pogłębienie podziałów wśród Polaków, propozycje Putina: „Nie, panie Premierze, w tej sprawie proszę kontaktować się z Prezydentem Kaczyńskim, który z racji swoich konstytucyjnych kompetencji powinien reprezentować Polskę na rocznicowych uroczystościach w Katyniu”? Przeciwnie! Donald Tusk ochoczo podjął odrażającą grę Putina, która zakładała nie uczczenie pamięci pomordowanych Polaków, nie wyrażenie skruchy i chęci pojednania na gruncie historycznej prawdy, lecz instrumentalne posłużenie się ofiarami tej zbrodni w celu trwałego skłócenia Polaków, a tym samym osłabienia wewnętrznej siły Polski, jej pozycji i autorytetu na arenie międzynarodowej, a także ośmieszenia nas „w oczach Zachodu”.. A temu wszystkiemu ochoczo kibicował obecny hrabia-prezydent.

Czy tak się nie zachowują agenci obcych wpływów, a wręcz zdrajcy? Donald Tusk jako premier Polski w kontaktach z Władimirem Putinem jako przedstawicielem władz ościennego państwa powinien był tworzyć jeden front z prezydentem Lechem Kaczyńskim. A tymczasem stworzył wspólny front, ale z Putinem przeciwko własnemu prezydentowi! Podejmując więc grę Putina, który nienawidził Lecha Kaczyńskiego, i znając jej tragiczne konsekwencje (nawet zakładając, że była to zwykła lotnicza katastrofa) można bez większej przesady powiedzieć, że Donald Tusk walnie przyczynił się do śmierci Lecha Kaczyńskiego i towarzyszących mu osób. Oczywiste jest, że gdyby nie podjął brudnej gry Putina wizyta prezydenta Kaczyńskiego byłaby lepiej zabezpieczona, zaś smoleńskie lotnisko być może dysponowałoby lepszym wyposażeniem i lepiej przygotowanym personelem. Co więcej mamy jeszcze być wdzięczni Putinowi i Miedwiediewowi, że oficjalnie przyznali w zdeformowanej postaci (nie wymienili Rosjan jako sprawców, nie wyrazili współczucia rodzinom, nie przeprosili, nie wyrazili chęci zadośćuczynienia – elementarne warunki przebaczenia i pojednania), to o czym i tak wszyscy wiedzieli od początku lat 50. ub. wieku, że zbrodni na polskich oficerach dokonali „sługusy Stalina” na jego rozkaz.

Ale przecież Donald Tusk nie został wyniesiony na urząd premiera Polski na bagnetach obcej armii. Przecież, to sami Polacy go wybrali, podobnie jak i następcę Lecha Kaczyńskiego. Może jednak Rosjanie mają rację? Może rzeczywiście nie zasługujemy na niepodległość, może rzeczywiście jesteśmy nieodpowiedzialnymi wariatami, skoro wynosimy na najwyższe urzędy w państwie ludzi, którzy niczym nie różnią się od okupantów, ludzi których jedyną troską jest jak jeszcze bardziej ogłupić i poniżyć nasz naród, aby kajdany uznał za insygnia wolności, zaś ich obcy mocodawcy mogli bez przeszkód panoszyć się w „Priwislańskim Kraju”.

Czy ktoś, kto głosował na PO czy na Komorowskiego zastanawiał się nad konsekwencjami ich wyboru w kontekście przyszłych, ważnych dla Polski wydarzeń i rocznic? Jak tacy ludzie będą pielęgnować pamięć o bohaterach, jakimi wartościami będą wypełniać publiczną przestrzeń, jaki będą kształtować klimat duchowy, w którym będzie wzrastać polska młodzież? Czy ci, którzy głosują na takich ludzi myślą o tym? Wątpliwe. A jak widać jest ich większość! A więc jesteśmy narodem nieodpowiedzialnym, nieliczących się z własnym losem szaleńców i Rosjanie mają rację – nie zasługujemy na niepodległość. Ale przecież możemy to zmienić, bo mamy ku temu wspaniały potencjał. Oczywiście pojedyncze zrywy przy okazji takich wydarzeń jak odejście Jana Pawła II czy tragedia smoleńska nie wystarczą. Są piękne i wzniosłe, wspaniale budują atmosferę duchową, ale nie wystarczą. Na wolność i niepodległość musimy zapracować ciężką, mozolną, codzienną i wytrwałą pracą. Pracą której nie wolno przerwać nawet na minutę. A na początek nie trzeba wiele – nie kupować i nie czytać polskojęzycznej prasy, nie oglądać polskojęzycznych telewizji, nie słuchać polskojęzycznych stacji radiowych, nie powtarzać mantrę za niejakim Adamem (nie, nie Mickiewiczem, choć też na M) „Dziękujemy Wam, bracia Moskale!). Na początek wystarczy oczyścić publiczną przestrzeń z wszelkiej maści „malowanych ptaków”, kundlących moralny kościec narodu znad Wisły.


[komentarz retorsyjny]

Nie ulega wątpliwości, że raport MAK stał się kolejną w naszych dziejach puszką Pandory, takim zapłonem inicjującym i zarazem konserwującym powstanie kolejnego wszechnarodowego mitu, który będzie urabiał świadomość narodową Polaków jeszcze przez pokolenia. Obserwując na co dzień poziom stanu wrzenia w dyspozycyjnych mass mediach, w wypowiedziach polityków działających w rzeczywistości demokratycznej, w apelach nawołujących to do ukarania winnych, to do spokojnej analizy wszelkich możliwych przyczyn katastrofy, we wzajemnych wymyślaniach sobie z jednej strony od oszołomów, z drugiej od zdrajców, to nie sposób uniknąć refleksji, że po prostu tak musi być, że tego typu reakcje są wpisane w procedury funkcjonowania zwasalizowanego politycznie i ideowo państewka. Siły tak zwanego rozsądku, do których należy zaliczyć także niektórych, nacechowanych medialnie, hierarchów, wzywają oczywiście do otwartej, jak to w demokracji, dyskusji, do konstruktywnej wymiany poglądów i wypracowania spokojnego consensusu, na który przystałyby wszystkie siły i strony „katastroficznego” konfliktu. Takie wyjście oczywiście byłoby najwygodniejsze dla szermujących demokratyczną nowomową dysponentów zhomogenizowanej prawdy. Mając gęby pełne frazesów o wolności słowa, o potrzebie rozmowy, negocjacji, poszukiwania kompromisu, faryzeusze ci liczą, że .z czasem społeczeństwo przełknie i przetrawi wypitraszoną mu półprawdę. Wszystko według zasady: pół prawdy naszej, pół prawdy ich…i idziemy na wódkę? Oczywiście poza oszołomami oraz ich doraźnymi zwolennikami, ale przecież ich wszystkich, wcześniej czy później, przeczekamy.

W najnowszych dziejach zdemokratyzowana i „udialogizowana” historia wykluła tyle miazmatów i mitów, które z czasem zakorzeniły się niepodważalną prawda w umysłach maluczkich, że naprawdę przy współczesnych środkach agresji medialnej i poziomie technicznych możliwości nie będzie problemem, aby za lat kilka dzieci i młódź szkolna trawiły katastrofę smoleńską podobnie jak ich dziadkowie i rodzice papkę propagandową sprzed lat o wypadku generała Sikorskiego, o tzw. holokauście czy społeczeństwie obywatelskim i demokracji. Oczywiście znajdzie się z pewnością jakaś mamusia z parytetu, która pobudzona lekturą tekściku w jedynej gazecie, jaką czytuje, kiedyś wprowadzi w dorosłość swoje pociechy informując, że każdy inteligentny człowiek powinien wiedzieć, że przyczyną katastrofy pod Smoleńskiem było pijaństwo na pokładzie samolotu najwyższych czynników państwowych, na czele z zakompleksionym, olanym przez Putina, Tuska i media prezydentem, oraz z generałem Błasikiem, który z okrzykiem: „- Ja wam, kurwa, pokażę, jak się ląduje we mgle!" – szturmował kabinę pilotów. Zresztą to takie polskie!! Przecież książę Józef Poniatowski, gdyby nie był pijany, nie utopiłby się w strumyku o wdzięcznej nazwie Biała Elstera, a gromada szwoleżerów nigdy na trzeźwo nie sforsowałaby wąwozu Samosierra.

Przyjmujemy, jako państwo rządzone przez demokratycznie wybranych przedstawicieli, z pokorą wartą lepszej sprawy i tępotą stada rażonych piorunem baranów każdy zaszywany nam pod skórą, jak esperal, argument. Wiadomo, jak spróbujemy się wychylić specyfik zacznie działać i może się to źle skończyć dla „rządzących” naszym podwórkiem rezydentów (Kremla, Berlina Tel Awiwu, WSI, CIA – niepotrzebne skreślić, choć może to być test podchwytliwy, gdzie wszystkie odpowiedzi są prawidłowe). Przypomnijmy tylko, że demokracja na odwieczny dylemat „Chrystus czy Barabasz” będzie w stanie tylko wyartykułować żałosny kompromis np. pod nazwą „ekumenizmu”.

Musimy sobie uświadomić, że prawdziwy suweren, nawet gdyby Smoleńsk był rzeczywiście tylko nieszczęśliwym wypadkiem, nie pozwoliłby, aby jego państwo i podległe mu służby zaczynały wszelkie negocjacje narzucając sobie rolę potulnego lennika wobec obcego podmiotu. Sprowadzenie wszelkiej działalność politycznej w tak istotnym dla prestiżu państwa i narodu przypadku do niekończącego się pustosłowia władzy, harców medialnych i parlamentarnych błazeństw w chwili, gdy trzeba było postawić sprawę na ostrzu noża i nie unikać decydującej bitwy (bez względu na to, w jakiej formie by się ona odbyła), raz jeszcze potwierdza, że tak naprawdę Polska dnia dzisiejszego żadnej polityki nie prowadzi, nie kreuje, a tym bardziej – o hańbo! – nie narzuca słabszym podmiotom geopolitycznych zmagań. Postawienie sprawy twardo, odwaga, nie tylko cywilna, oraz konsekwencja w stawianiu żądań mogłyby jeszcze poprawić nasze notowania i w oczach wschodniego sąsiada, w Europie, w świecie. Są przecież państwa, które śmierć swoich, przecież nie przywódców, bo ci tak masowo gdzie indziej nie giną, tzw. zwykłych obywateli potrafią procedować, inwigilować i rozliczać bez oglądania się na międzynarodowe procedury, prawo obcych państw czy tzw. opinię publiczną.

A my? My możemy tylko ze strachem snuć ponure wizje, co się stanie, gdy np. Rosja, zdenerwowana niejednoznacznym, bez zbytniego aplauzu, przyjęciem raportu MAK ot tak sobie, trochę dla przetestowania odporności NATO-wskich struktur, trochę, żeby rozruszać czołgi, wjedzie sobie od strony Królewca i, niczym w Gruzji, zrobi próbny rajd przez Mazury w kierunku Warszawy, przy okazji anektując nam część Mierzei Wiślanej. Zapewne nie stanie się nic– nasze F-16 nie poderwą się do akcji, okręty podwodne lepiej żeby się nie zanurzały, a w ogóle pozbawiona doświadczonego dowództwa (wszyscy byli w samolocie) armia po prostu nie ruszy się z koszar, bo i tak, o czym wróble ćwierkają, czołgi by się zaraz zepsuły, benzyny starczyłoby na 0,5 km jazdy, a amunicji nie miałby kto wydać, bo dyżurni oficerowie zrejterowali by do kwater prywatnych ratować dobytek. Może przy okazji zniknęłoby kilku następnych oszołomów, ale po tej lekcji wrócilibyśmy do równowagi jeszcze pokorniejsi i mądrzejsi o kolejnego kopniaka, strofowani przy okazji przez zachodnich sojuszników, że drażnimy lwa i narażamy całą unię na niewyobrażalne reperkusje. No i w końcu premier Tusk mógłby zmienić spodnie.

 

 
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama


stat4u