A.D.: 15 Wrzesień 2019    |    Dziś świętego (-ej): Albin, Nikodem, Roland

Patriota.pl

Piękna kobieta musi zająć drugie miejsce; pierwsze należy się kobiecie kochanej.
Ona staje się panią naszych serc; nim zdamy sobie z tego sprawę, serce nasze popada w niewolę miłości.

Iwan Bunin

 
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Błąd
  • Nieudane wczytanie danych z kanału informacyjnego.
  • Nieudane wczytanie danych z kanału informacyjnego.

Knebel na kloakę, czyli co Węgry robią z demosem

Drukuj
Ocena użytkowników: / 7
SłabyŚwietny 

Tags: Hic et nunc | Lewiatan

Chwalebną rzeczą jest czynić to, co wypada, a nie to, co wolno.
Seneka

Z początkiem nowego roku nad, zdawałoby się wolną już od wszelkiego faszyzującego zaprzaństwa, Europą zaczęło krążyć kolejne, po krótkim polskim epizodzie, widmo – tym razem fantom pn. Węgry. Żeby nie powiedzieć gorzej, upiorem są bowiem te „lepsze Węgry”, aby posłużyć się hasłem przewodnim czołowej obok Fideszu partii w węgierskim parlamencie - Jobbika. Od 2011 r. Węgry obejmują bowiem prezydencję w Unii Europejskiej, powodując przy okazji wszechkontynentalna panikę, zwłaszcza wśród krajów tzw. starej Unii, których mędrcy przewodni  plują sobie dziś w brody, przeklinając brak ideowej czujności. Mamy bowiem superhucpiarski, z ich punktu widzenia, paradoks – na czele lewackiej, indyferentnej moralnie i bezwzględnie zlaicyzowanej Europy stać będzie odrodzone niczym feniks z popiołów, energicznie zarządzane, dogłębnie poddane sanacji ideowej i gospodarczej, odwołujące się przy tym do korzeni chrześcijańskich, czy raczej konkretnie katolickich, państwo. Czyli z punktu widzenia naszej kochanej „Jewropy” – czysty faszyzm będzie zarządzał sponiewieraną, miotającą się w permanentnym kryzysie, lewacko-liberalną Unią.

Przypomnijmy zatem – spadkobiercy ideowi św. Stefana, w przeciwieństwie do bratanków znad Wiały, solidnie przygotowują się do nowej roli, porządkując swoje zainfekowane rządami komunistów i postkomunistów podwórko. Przede wszystkim, także od nowego roku weszła w życie (kontrowersyjna zdaniem licznych, również tzw. prawicowych, komentatorów) ustawa medialna (przegłosowana przy miażdżącej przewadze: 298 głosami za, przy 56 przeciw), podporządkowująca wszystkie środki masowego przekazu pięcioosobowej Radzie ds. Mediów, wybieranej przez zdominowany prze Fidesz i Jobbik węgierski parlament. Szefa Rady będzie powoływać na dziewięcioletnią (u nas tylko pomarzyć!) kadencję sam premier (czyli szef Fideszu p. Viktor Orbán). W obecnej pięcioosobowej Radzie pełny pluralizm; zasiada w niej bowiem – i tu raduje się jeszcze bardziej serce i dusza – pięciu członków rządzącej partii Fidesz. I cóż nam więcej trzeba?

Przerażenie i największe oburzenie lewo-liberalnych obrońców tzw. wolnego słowa na Węgrzech, w całej Europie, i oczywiście wśród wszelkich demokracji także w świecie, wywołuje fakt, że rzeczona Rada będzie mogła wymierzać błądzącym przekaziorom dotkliwe kary za publikacje, które na przykład – genialne określenie - nie są zrównoważone politycznie. I niestety, panowie wolnomyśliciele, nie mogą mieć już złudzeń - nie będą to kary symboliczne. Za głupoty wygadywane publicznie i jad sączony do świadomości odbiorców można będzie otrzymać domiar do 200 mln forintów (700 tys. euro) w przypadku mediów elektronicznych i 25 mln forintów (89 tys. euro) w przypadku dzienników lub publikacji internetowych.

Ponadto – o zgrozo! – na tak stłamszone „wolne szczekaczki” przygotowano nie tylko remedia represyjne, ale i dano szansę prewencyjnej refleksji, albowiem wszystkie dokumenty wykorzystywane przez media mogą być od tej pory kontrolowane przez Radę jeszcze przed stwierdzeniem jakiegokolwiek wynikającego z ich wykorzystania wykroczenia. Według ustawy dziennikarze (jak ich zwał, tak zwał) będą zobowiązani ujawniać swoje źródła informacji w sprawach dotyczących bezpieczeństwa narodowego. Czyli mówiąc wprost – prawda przede wszystkim, a nie zlecenie czy dyspozycja od, często zewnętrznego, obcego dysponenta prawdy wybiórczej. Odpowiedzialność za słowo – tego od nowa trzeba nauczać zdegenerowanych pismaków, czyli jak np. w Polsce, prawie wszystkich.

Wyjściem z okowów narzuconego systemu i troską o morale odbiorców są także – zaproponowane przez posłów Jobbiku – te punkty ustawy, które zakładają, na przykład, ograniczenie w mediach relacji dotyczących przestępstw do 20% czasu w programach informacyjnych. Z ich inspiracji zdecydowano się także na ukrócenie czasu nadawania zagranicznej tzw. muzyki (czyli inaczej promocji ubranej w estetyzującą formę sodomii, kazirodztwa, satanizmu, werbalnej koprofagii, umysłowej degrengolady i tym podobnych cyklizmów) w stacjach radiowych, przy jednoczesnym preferowaniu rodzimej twórczości. Każda bzdura tłoczona non stop w nieprzygotowane umysły w końcu je wyjałowi, szczególnie jak będzie podawana za pośrednictwem tak złotoustych chłopców jak – weźmy pierwszych z brzegu – piekłoszczyka Freddiego Mercury’ego, szczęśliwego od niedawna taty Eltona Johna czy mistrzyni seksu geriatrycznego – niejakiej Madonny. Wioska z natury rzeczy jest lokalna, a nie globalna, i to, że Węgrzy wrócą do źródeł kultury narodowej i przypomną sobie choćby jak ich muzykę narodową transponował Bela Bartok, wyjdzie im tylko na zdrowie.

Europejski twór od systemowego medialnego zamordyzmu, czyli Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE), w stanie najwyższego zaniepokojenia pogroził rządowi węgierskiemu jeszcze we wrześniu ubiegłego roku ustami swojej przedstawicielki ds. – czysty faryzeizm – wolności mediów artykułując zarzuty, ostrzeżenia i groźby w przypadku, gdy ówczesny projekt ustawy medialnej zachowa swoją postać po 1 stycznia br.

Jakby tego było jeszcze mało, przygotowywany przez „sukcesorów strzałokrzyżowców” projekt nowej konstytucji, przypomnijmy nie zmienionej na Węgrzech od 1949 r.!,  jest już tak sprzeczny z europejskimi „trynadmi”, że wolna myśl zamiera w mózgownicach dysponentów europejskiego kahału. Wszak nowa konstytucja będzie łamać tak elementarne prawa człowieka, jak np. prawo do aborcji, jak normy definiujące małżeństwo jako związek mężczyzny z mężczyzna, kobiety z kobietą, a nie jako jakieś tam krzyżówki. Uchwalona zapewne w połowie czasu węgierskiej prezydencji ustawa zasadnicza będzie ponadto przywracać narodowi na Nizinie Panońskiej chrześcijańskie, zakodowane kulturowo i historycznie, korzenie, a w preambule odwoła się do Boga. I taki to podmiot, dla lewaków faszystowski pomiot, będzie przewodził światłemu brukselskiemu zgromadzeniu przez najbliższych kilka lat i zatruwał z takim trudem wypracowane przez ostatnie stulecia humanistyczne, postępowe wartości.

Niewątpliwie interesującym zajęciem jest w obecnej chwili obserwowanie histerycznych reakcji czołowych przedstawicieli „wolnego” systemu (w tym oczywiście polskich dyżurnych publikatorów), których pióra, klawisze, gęby już ociekać zaczynają frazesami o ograniczeniu pluralizmu mediów i niezależności prasy, o likwidacji autonomii misji publicznej mediów, o zamarciu wolności słowa i debaty publicznej skutkującej – i tu dochodzimy do sedna sprawy – uwiądem monstrum zwanego demokracją.

Czyli najbardziej zamordystycznego, nieludzkiego – bo powołującego się na prawa człowieka, a nie prawo naturalne, systemu politycznego w dziejach świata. Węgry, podobnie jak Polska, oraz inne kraje UE, po okresie rządów socjałów, spadkobierców i nieodrodnych synów komunistów, znalazły się w sytuacji ekstremalnej, zagrażającej już nie tyle interesowi oraz bezpieczeństwu publicznemu i państwowemu republiki, co ideowej i kulturowej egzystencji i tożsamości narodowej. Mając wybór czy stać się biernym przedmiotem rozgrywek unijnych macherów czy podjąć piekielnie trudną rolę suwerena, kraj znad Dunaju i Cisy wybrał, ekstremalną w dzisiejszych czasach, drogę niezawisłości, gwarantującej ocalenie substancji narodowej. Nie jest tajemnicą, że w ten oto sposób rząd węgierski i popierający go naród weszli w konflikt z całym dotychczasowym porządkiem światowym, czyli właśnie z demokracją. Zmieniając ustawę zasadniczą, prawo medialne i realizując wszelkie inne reformy Węgry nie wymyślają nic nowego, nie zbaczają na manowce gnijącej świeckiej religii, poszukują tylko straconej przez lata komunizmu i libersocjalizmu uświęconej genealogii, odciętych korzeni tożsamości, czyli prawdy i dobra powszechnego, które bożek demos ukrył w plątaninie faryzejskich frazesów i miazmatów.

Dla indyferentnej pseudokulturowej Europy droga obrana przez nowe Węgry to czysta herezja, bluźnierstwo zasługujące na publiczne potępienie i surową karę. Świadczą o tym reakcje OBWE, Komisji Europejskiej czy poszczególnych rządów, zwłaszcza zawsze czujnych towarzyszy niemieckich oraz rodzimych sprzedawczyków. Jak zwykle rękę na pulsie – i na gardle – trzyma gromada etosiarzy intelektualistów, którzy w ostatni piątek wysmażyli przesiąknięty prawdziwą troską donos, pod eufemistyczną nazwą „listu otwartego 70 europejskich czołowych obrońców praw człowieka i byłych dysydentów politycznych”. Wielcy luminarze współczesności, wśród których brylują m.in. dwaj przyjaciele z koncesjonowanej opozycji Vaclav H. i Adam M. (primo vulgo S.), zarzucają władzom Węgier dążenie – i tu debile rzeczywiście trafiają w sedno - do demontażu demokracji i jej standardowych wartości: pluralizmu, tolerancji, wolności słowa, swobód jednostki, podziału władzy, niezawisłości wymiaru sprawiedliwości i tak dalej ble, ble, ble… oraz wzywają – niczym zatroskani komuniści w 1956 r. – towarzyszy z centrali na pomoc w celu "zdecydowanego działania na rzecz zachowania trwałości naszej demokratycznej Europy". Nawet frazeologię mędrcy ci zaczerpnęli od swoich protoplastów z czasów interwencji sowieckiej, pokrętną semantykę zresztą też. Albowiem tak samo jak ponad pięćdziesiąt lat temu, tak i obecnie zjednoczony kahał najbardziej obawia się, że węgierskim patriotom chodzi nie o komunizm czy eurokomunizm z ludzką twarzą, ale o niepodległość. Sprawa staje więc na ostrzu noża – nie bawimy się już w duperele i dopieszczanie autorytetów. Gra idzie bowiem o rzecz świętą – antydemokratyczną krucjatę.

Trawestując slogan węgierskich lewaków protestujących przeciwko reformom „lepszych Węgrów”, z satysfakcją można odnotować, że po 21 latach na naszych oczach zdycha węgierska demokracja, a z nią patologia kłamstwa zwana wolnością prasy, i destrukcyjna utopia zwana pluralizmem światopoglądowym, a także podobne zakłamujące duchową i intelektualną rzeczywistośći nowomowne kalambury. Już przecież starożytni Rosjanie mawiali, że gryzącemu psu nakłada się kaganiec. Wybijając zęby rodzimej „czwartej władzy” Węgrzy na powrót zapraszają Boga na opuszczony ołtarz, z którego właśnie zrzucają obleśnego demiurga demokracji.

Miejmy nadzieję, że jest to początek końca tego świata, który ufundowały nam siły postępu i demokracji pamiętajmy jednak, że wróg nie śpi i nie złoży broni tak łatwo. Byliśmy przecież świadkami niewyjaśnionych incydentów i tragedii, które uderzały w niepokorne państwa i narody, partie polityczne i ich przywódców oraz członków, ludzi propagujących antysystemowe wartości. Nie wiemy czy nie stanie się coś, co zdarza się często przy rządach prawicy, gdy niczym deux ex machina wkraczają służby demosa i wybuchają bomby w Madrycie i Londynie, samoloty lądują na wieżowcach, lub w podsmoleńskich lasach, ginie Jörg Heider, Pim Fortuyn, niezależni naukowcy (dr Dariusz Ratajczak), muzycy alternatywni (Ian Stuart). Nowe Węgry już raz zresztą przeżyły podobną próbę, gdy z nieznanych powodów spora część tego niewielkiego kraju została 5 października ubiegłego roku zalana przez breję, już nie tylko ideową, ale konkretną – toksyczną ługu i metali nieżelaznych.

Kolejne już stulecie trwa coraz energiczniejszy demontaż dawnej, chrześcijańskiej Europy, ostatnie jej przyczółki padają jeden po drugim (Hiszpania, Irlandia, Polska), „nasi demokratyczni towarzysze” nie cofną się przed najbardziej radykalnymi i skrajnymi prowokacjami, łącznie z poświęceniem życia niewinnych, jak to oni nazywają, zasobów ludzkich. Spadkobiercy św. Stefana są więc ostatnią, przynajmniej na najbliższe lata, czy dziesięciolecia, nadzieją na cofnięcie destrukcyjnego procesu gubiącego po kolei państwa i narody Starego Kontynentu. Działania, jakie po przejęciu władzy podejmuje rząd węgierski, a także będący jego ideowym zapleczem Fidesz czy alternatywny Jobbik pozwalają żywić nadzieję, że zmurszała, przegniła konstrukcja euroszaletu zawali się w iście beckettowskim stylu – z rzężeniem i skomleniem jego dogorywających akcjonariuszy.

[komentarz retorsyjny]

Piękna jest ta bezsilność jewropejczyków, którzy wydają się być całkowicie zaskoczeni tak bezwzględnym poparciem Narodu Węgierskiego dla rządu Viktora Orbána. Tym piękniejsza, że narodowe odrodzenie Węgier, na fundamencie Chrystusowej Ewangelii odbywa się na ich oczach i z zachowaniem narzuconych przez nich reguł. Jest to chyba jedyny w historii przypadek, kiedy mamy do czynienia rzeczywiście z działającą demokracją, z demokracją, o której mówił Jan Paweł II, czyli opartą na ewangelicznych wartościach. Rządzący Unią moralni kastraci są w szoku, bo po raz pierwszy demokracja zadziałała skutecznie, mając na względzie nie ślepą statystykę, lecz przede wszystkim ponadczasowe uniwersalne wartości i cnoty.

Paradoksalnie Viktor Orbán, rząd, na czele którego stoi i Węgierski Naród, który jako suweren postawił Go na czele państwa stoją na straży demokracji, jako systemu pozwalającego budować społeczność ludzką na gruncie Prawdy i zasad ewangelicznych, których zachowywanie jest pożyteczne dla wszystkich ludzi dobrej woli – wierzących i niewierzących. To nie Havel i Michnik są obrońcami demokracji, lecz właśnie Viktor Orbán. Oni po prostu bronią tyrani prostactwa, szpetoty, umysłowego lenistwa i nihilizmu, bo tylko na gruncie takich „wartości” można zbudować wszechświatowy łagier, gdzie będzie można ludzi traktować jak surowiec dla Przedsiębiorstwa Socjalizm. Oni są w nim przecież kadrą zarządzającą.

Bez cienia przesady można powiedzieć, że system sprawowania władzy panujący w Europie to nie jest żadna demokracja, lecz co najwyżej ochlokracja czyli mówiąc z polska - motłochokracja. Zważywszy jednak na „duchowe” podwaliny tego systemu, których odzwierciedleniem są takie „imponderabilia” jak powszechna dostępność tzw. aborcji, eutanazji czy wspieranie agresji obyczajowych wynaturzeń, jest to po prostu, zbudowana na fundamencie światopoglądowego satanizmu demonokracja. Havel i Michnik nie bronią więc demokracji, lecz liberalnej demokracji a wraz z nią patologii kłamstwa, którą nazywają kłamliwie wolnością prasy, i destrukcyjnej utopii zwana pluralizmem światopoglądowym, a także innych zakłamujących duchową i intelektualną rzeczywistość wynalazków rodem ze świata politycznej poprawności. A między demokracją a liberalną demokracją jest zasadnicza różnica – jak między krzesłem a krzesłem elektrycznym. Na marginesie trzeba dodać, że w przeciwieństwie do krzesła istnienia demokracji w postulowanej przez Jana Pawła II postaci jak dotychczas nie stwierdzono. Demokracja, za którą nie stoi człowiek kierujący się zasadami moralnymi jest w istocie utopią albo co najwyżej fasadą, za którą nie kryje się żadna wartość.

I nie ma co się dziwić przerażeniu ideologów Nowego Wspaniałego Świata, bo przecież jewrolewactwo oprócz okłamywania niczego nie potrafi. Z czego więc będą żyć Ci dezinfomatorzy i reformatorzy mylnie zwani dziennikarzami, publicystami czy naukowcami, bo przecież nikt już im nie będzie płacić (przynajmniej na Węgrzech) za powielanie kłamstw wygodnych dla żyjących z masowego psucia ludzi soc-demono-przedsiębiorców i tych którzy chcą narzucić Węgrom i innym państwom Środkowej Europy najnowocześniejszą formę kolonializmu. Ale spokojna głowa – na pewno znajdziecie miejsca na zachodnioeuropejskich uczelniach i w redakcjach tamtejszych pism… Dla was to nie pierwszyzna.

Prawda zabolała mocno. Oto Węgrzy przypominają psychopatycznej Europie, że wolność wiąże się ściśle z odpowiedzialnością, a ta wymaga od nas abyśmy w życiu prywatnym i społecznym pielęgnowali Dobro, Piękno i Prawdę. Ze względu na rozmiar spustoszenia, jakiego w świadomości Węgrów dokonali swoimi kłamstwami i manipulacjami ww. deprawatorzy w pełni uzasadnione było podjęcie nadzwyczajnych środków w postaci kagańca dla medialnych hien i intelektualnych ladacznic. Domaganie się od dziennikarzy i intelektualistów, aby z miłością do człowieka i własnej Ojczyzny głosili prawdę i tylko prawdę w niczym nie zagraża wolności słowa. A jeśli nie chcą tego robić, to wynikająca z zapewnienia bezpieczeństwa państwa konieczność zachowania spoistości wewnętrznej narodu uzasadnia wprowadzenie mechanizmów systemowych niejako wymuszających oczekiwane w tym kierunku zachowania. Dlatego Ci, którzy sumiennie i odpowiedzialnie wykonują swoją dziennikarską pracę nie muszą niczego się obawiać. A na kłamców nawet w polskim prawie jest paragraf i dziwne że rząd Jarosława Kaczyńskiego w swoim czasie z niego nie skorzystał?


Czytaj także:

Dezynsekcyjny sukces Jobbika. Do władzy po trupach pasożytów
Odpędzić widmo Kara Mustafy. Sukces FPÖ w wyborach w Austrii
Zakaz pedałowania w Belgradzie. Wyciek mierzwy powstrzymany

 
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama


stat4u