A.D.: 22 Maj 2019    |    Dziś świętego (-ej): Julia, Wiesława, Helena

Patriota.pl

Nietolerancja polega na uznaniu za aksjomat prawdy politycznej,
rodzinnej, prawdy społecznej i prawdy religijnej – prawd pierwszych i świętych,
które nie podlegają dyskusji.
Juan Donoso Cortés, Cartas de Paris à „El Heraldo”

 
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Błąd
  • Nieudane wczytanie danych z kanału informacyjnego.

Dewianci wchodzą od tyłu, czyli na manowcach łańcucha pokarmowego

Drukuj
Ocena użytkowników: / 3
SłabyŚwietny 

Tags: Hic et nunc | Lewiatan

A więc stało się. Najwyższy w Polsce organ władzy ustawodawczej, czyli Sejm RP przyłączył się do tych, którzy – mówiąc z pozycji niekonfesyjnych – nie tylko uwłaczają zdrowemu rozsądkowi, ale przede wszystkim plugawią przestrzeń publiczną odrażającą sodomiczną obyczajowością. W piątek 4 lutego br. podczas głosowania nad ustawą „Prywatne prawo międzynarodowe” posłowie uczynili pierwszy krok do nadania związkom seksualnych zboczeńców identycznego statusu, jakim słusznie cieszą się małżeństwa. Uczynili to ludzie, którzy w większości podczas uroczystości zaprzysiężenia na ten urząd, formułkę poselskiego przyrzeczenia kończyli nieformalnym „tak mi dopomóż Bóg”. Kogo więc mieliście na myśli szacowni posłowie mówiąc to, bo jak obserwując owoce waszej pracy, to na pewno nie Boga Wszechmogącego w Trójcy Przenajświętszej Jedynego.

Podczas procedury uchwalania ustawy „Prywatne prawo międzynarodowe” posłowie Platformy Obywatelskiej i komuniści z tzw. Sojuszu Lewicy Demokratycznej odrzucili zgłoszoną przez Prawo i Sprawiedliwość poprawkę polegającą na dodaniu zapisu, że „małżeństwem w rozumieniu niniejszej ustawy jest tylko związek kobiety i mężczyzny; nie stosuje się przepisów prawa obcego regulującego związki osób tej samej płci”. Formułka jasna i jednoznaczna, ale jak się okazuje nie dla wszystkich, a już na pewno nie dla tęgich POselskich i ministerialnych głów!

Prawo prywatne międzynarodowe to zbiór norm kolizyjnych, które rozstrzygają, jaki system prawny należy zastosować w przypadku transgranicznego obrotu prawnego. W ustawie, w odniesieniu do osób fizycznych, zostało użyte pojęcie prawa ojczystego. Jest nim prawo państwa, którego dana osoba jest obywatelem. Przepisy ustawy rozstrzygają sytuacje wielorakiego obywatelstwa. Gdy jednym z wchodzących w grę obywatelstw jest obywatelstwo polskie, osoba podlega prawu polskiemu. W przypadku cudzoziemców mających obywatelstwo dwóch lub więcej państw zastosowanie znajdzie prawo tego państwa, z którym dana osoba jest najściślej związana.

Politycy Prawa i Sprawiedliwości nie mają wątpliwości, że niedoprecyzowanie zapisów ustawy może spowodować lawinę pozwów ze strony zboczeńców seksualnych chcących legalizacji ich związków, a co za tym idzie uznanie dewiacji za zachowanie nie sprzeciwiające się naturze. Rzecznik Prawa i Sprawiedliwości Adam Hofman ocenił, że jest to „wprowadzanie do polskiego porządku prawnego jednopłciowych małżeństw”. Bardziej wyrazista w swojej ocenie była poseł Beata Kempa, określając nową ustawę, która „tylną furtką wprowadza legalizację małżeństw tej samej płci”, jako „bardzo niebezpieczną”. – Odrzucając naszą poprawkę, PO jednoznacznie zidentyfikowała swoje poglądy ideologiczne z lewicą – zauważyła trafnie Beata Kempa.

Po głosowaniu minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski zapewnił, że „uchwalona ustawa nie legalizuje zawierania małżeństw przez osoby tej samej płci”. Warto jednak zwrócić uwagę na jego argumentację, bo wydaje się, że jest to ciekawe wyzwanie dla logików. – Proponowana przez PiS regulacja nie przyczyni się w żadnym stopniu do wzmocnienia rozumienia małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny w prawie polskim. Może natomiast powodować liczne wątpliwości interpretacyjne – powiedział Kwiatkowski.

Oczywiście, że uchwalona ustawa nie legalizuje wprost „zawierania małżeństw przez osoby tej samej płci”, ale otwiera ku temu drogę – ostatecznie poseł Ryszard Kalisz nie bez powodu jak dziecko cieszył się z odrzucenia poprawki Prawa i Sprawiedliwości, a inteligencji (wprawdzie tej szatańskiej) raczej mu nie brakuje! Jednak dalsze stwierdzenia ministra Kwiatkowskiego po prostu uwłaczają elementarnej inteligencji. Normalnie nie można przecież wyjaśnić, w jaki sposób stwierdzenie „małżeństwem jest tylko związek kobiety i mężczyzny” może – jak twierdzi minister – „nie przyczynić się do wzmocnienia rozumienia małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny”? Jest to wszak expresis verbis wyrażone. Jakie mogą być w tym stwierdzeniu „wątpliwości interpretacyjne”, skoro minister Kwiatkowski sam zaraz przyznał, że „zgodnie z polskim porządkiem prawnym małżeństwem jest wyłącznie związek kobiety i mężczyzny”? Żadne. Czy czytając stwierdzenie „małżeństwem w rozumieniu niniejszej ustawy jest tylko związek kobiety i mężczyzny” mamy na myśli coś innego? Jaka może tutaj wystąpić „wątpliwość interpretacyjna”? Jego wypowiedź jest po prostu absurdem, logicznym bełkotem. Nawet jeśli uwzględnienie poprawki PiS byłoby powtórzeniem zapisów zawartych w konstytucji, to nie tylko nie powodowałoby to żadnych wątpliwości interpretacyjnych, ale wzmacniałoby konstytucyjność ustawy.

Ale może nie chodzi tutaj o żadne „wątpliwości interpretacyjne”. Może chodzi o coś całkiem innego. Może minister Kwiatkowski rozpoczął już pracę nad nową definicją prawną „małżeństwa”, a w takiej sytuacji przyjęcie poprawki Prawa i Sprawiedliwości bardzo skomplikowałoby prace resortu sprawiedliwości nad wcielaniem w życie agresywnie forsowanych na forum instytucji Unii Europejskiej postulatów seksualnych zboczeńców. To by też tłumaczyło ostentacyjną radość posła Kalisza. Czy cieszyłby się tak, gdyby zapewnienia ministra Kwiatkowskiego były prawdziwe? Posłowie SLD, którzy programowo postanowili plugawić polską obyczajowość (na dłuższą metę nie mają w tym żadnego interesu, ale jak Pan Bóg chce kogoś pokarać, to mu najpierw rozum odbiera) najwyraźniej odczytali intencję ustawodawcy identycznie jak posłowie Prawa i Sprawiedliwości. Ich poziom emocjonalnej reakcji acz przeciwstawny jednakowoż był identyczny.

Jaki więc z tego wniosek? Prace nad legalizacją homozwiązków pod nazwą „małżeństwa” najprawdopodobniej idą pełną parą, a ich wyniki poznamy, gdy przez polskie społeczeństwo przetoczy się zasilany przez homolobby walec medialny, który przy bojaźliwej postawie większości hierarchów w wystarczającym stopniu wypaczy świadomość i sumienia Polaków. To bardziej niż pewne. Inaczej minister Kwiatkowski nie udzielałby wypowiedzi, wobec których można by mieć „liczne wątpliwości interpretacyjne”. Gdyby tak nie było, nikt by nie głosował przeciwko poprawce zgłoszonej przez Prawo i Sprawiedliwość, używając przeciwko niej wyjątkowo niedorzecznych argumentów.

Na początek wejście w życie ustawy będzie oznaczało, że jeśli w Polsce osiedli się dwóch cudzoziemskich zboczeńców seksualnych, którzy w swoich macierzystych krajach posiadają status równy małżonkom, to polskie prawo ich automatycznie zalegalizuje jako „małżeństwo”. Co więcej, jak zauważył komentator „Rzeczypospolitej” Marek Domagalski „z zagranicznym ślubem jednej płci mogą pojawić się też Polacy”. Zresztą, zwrócił na to uwagę w ekspertyzie dla Sejmu były wiceprezes Trybunału Konstytucyjnego, prof. Andrzej Mączyński. W każdym razie z chwilą obowiązywania ustawy zacznie się łamanie sumień polskich urzędników i epatowanie tą odrażającą obyczajową dewiacją i degeneracją polskiego społeczeństwa.

Prawo i Sprawiedliwość zapowiada, że ponownie złoży doprecyzowującą poprawkę w Senacie. Jeśli i tam zostanie odrzucona, to PiS zaskarży ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, gdzie jak przekonywał po głosowaniu szef parlamentarnego klubu Prawa i Sprawiedliwości Mariusz Błaszczak – „z łatwością udowodnimy niekonstytucyjność tej ustawy”. Może i tak, ale w dzisiejszych czasach nie wystarczy mieć rację, tym bardziej że presja (także na sądy) środowisk propagujących dewiację seksualną jako obyczajową normę jest potężna.

Oto zaledwie 11 dni przed piątkowym głosowaniem, 24 stycznia 2011 r. groźna, a jednocześnie niezwykle wpływowa agentura cywilizacji śmierci o niewinnej i całkowicie mylącej nazwie Human Rights Watch, czyli Strażnica Ludzkich Praw (HRW) ogłosiła coś, co agencje określiły mianem raportu, a co w istocie jest złowrogim, uderzającym w cywilizacyjne podstawy świata gniotem, w którym oskarżono Polskę o dyskryminację seksualnych zboczeńców. Autorzy tego odrażającego paszkwilu, wypominając Polsce „dyskryminację pod względem rasy, płci i tożsamości seksualnej”, w niezwykle bezczelny i arogancki sposób uciekają się do pogróżek wobec naszego kraju określając respektowanie przez Polaków prawa naturalnego i zdrowego rozsądku mianem „poważnego problemu”. Przesłanie jest proste: macie dobrowolnie zamienić wasz przesiąknięty pięknem ewangelicznego przesłania kraj w satanistyczny acywilizacyjny śmietnik i obyczajową kloakę, przyjmując wbrew zdrowemu rozsądkowi wynaturzoną obyczajowość jako bardziej niż akceptowaną normę i uniwersalną wartość. Tak oto demokracja zamienia się w demonokrację.

Gdybyśmy mieli suwerenny rząd, to już 25 stycznia 2011 r. przedstawiciele HRW w Polsce pakowaliby walizki trzymając w rękach bilety w jedną stronę. Przecież to, co ta forpoczta szatana próbuje nam narzucić godzi nie tylko w naszą suwerenność, próbując obalić oparty na zasadach moralnych porządek społeczny, ale wręcz zagraża naszej biologicznej egzystencji. Mając suwerenny i pracujący w kategoriach zachowania trwałości i rozwoju państwa rząd, natychmiast pogonilibyśmy tę arogancką swołocz, tak jak uczynił to na początku poprzedniej dekady Władimir Putin zamykając w Rosji biura Instytutu Społeczeństwa Otwartego (głównie na moralny gnój) węgiersko-amerykańskiego Żyda Georgea Sorosa. Celem Instytutu była dywersja, polegająca na powszechnej deprawacji młodzieży za pośrednictwem zaprzedanych elit i poddanie Rosji wraz z jej wszystkimi ogromnymi bogactwami władzy aspirującej do panowania nad światem żydo-masońskiej koterii. To samo z Polską chce zrobić HRW i podobne do niej agentury wpływu. I co mamy? Nie tylko że rządzący Polską nie wystawili deprawatorom wilczego biletu, ale półtora tygodnia później uchwalili ustawę, która jak trafnie zauważyła poseł Beata Kempa, a potwierdził swoją radością Ryszard Kalisz, „tylną furtką wprowadza legalizację małżeństw tej samej płci”.

Niestety za sprawą mediów, które epatują polskie społeczeństwo moralnym brudem, coraz więcej Polaków uwierzyło, że źródlana woda wymieszana z kanalizacyjnym szlamem smakuje lepiej i jest zdrowsza niż sama woda. Czyste szaleństwo, ale prawdziwe. Chociaż zarzuty HRW mają się nijak do rzeczywistości, zaś głoszone przez tę organizację „wartości” są niezwykle groźnymi absurdami, za głoszenie których jeszcze ćwierć wieku temu można było spodziewać się zamknięcia w psychiatryku (i słusznie), to jednak coraz więcej Polaków zaczyna się poddawać tej destrukcyjnej propagandzie.

A jednak, nawet gdyby wszyscy poddali się tej propagandzie, to w niczym nie zmieni to faktu, że homoseksualizm jest zboczeniem. Nie zmieni tego medialna nagonka na ludzi, którzy mają odwagę sprzeciwiać się deprawującej dzieci i młodzież, a gorszącej dorosłych propagacji postaw dewiacyjnych. Taka jest prawda i prawdy tej nic nie zmieni, ani propaganda „Gazety Wyborczej” i TVN, ani pogróżki HRW, ani rezolucje Parlamentu Europejskiego, ani zmiany w kodeksach karnych, ani nawet już homilie lubelskiego metropolity arcybiskupa Józefa Życińskiego, który np. nie widział nic zdrożnego w procederze uprawianym przez WOŚP Jerzego Owsiaka, stosującego swego rodzaju „sprzedaż wiązaną” (damy wam sprzęt medyczny, pod warunkiem, że przyjmiecie też wulgarną i rozwiązłą obyczajowość). Nic tej prawdy nie zmieni. Nic. Homoseksualizm jest zboczeniem, czyli odstępstwem od zachowania typowego i na pewno nie jest orientacją seksualną.

Zarzucając komukolwiek „dyskryminację na podstawie orientacji seksualnej” działacze HRW nie tylko ośmieszają się, ale zdradzają objawy aberracji psychicznej. Orientacja seksualna jest tylko jedna i nie ma innych, jak więc w takiej sytuacji można mówić o dyskryminacji? Orientacja seksualna jest jedna, tak jak jest jeden sposób wprowadzania do wnętrza ciała kotleta. Czytelnikom „Gazety Wyborczej” i konsumentom TVN przypominam, bo może nie są już tego świadomi, że bezy (to, co „elyty” lubią najbardziej) spożywamy wkładając do ust. Oczywiście jako ludzie nowocześni i pozbawieni wszelkich katolickich przesądów możecie je próbować wprowadzać do wnętrza ciała przez nos, oko czy ucho, ale zapewniam Was, że w ten sposób na pewno nie trafią do żołądka, a szkody jakie spowodujecie dla organizmu będą poważne i mogą być nieodwracalne. Nie radzę też, chociaż w ten sposób najbardziej zaskarbilibyście łaski seksualnych dewiantów, spożywać bezów za pośrednictwem odbytu i nie tylko dlatego, że to niezdrowo i pod prąd, ale po prostu dlatego, że jest to nieestetyczne, żeby nie powiedzieć – obrzydliwe. Zresztą, gdybyśmy próbowali spożywać pyszne bezy negując strukturę układu pokarmowego, nawet w tak uwolnionym od rozumu i bezpruderyjnym świecie, jak świat według Michnika, z pewnością zostalibyśmy uznani za szaleńców. I tylko wypowiedzenie zaklęć „holokaust”, „gej”, „Rom” (tzn. Cygan, ale ta forma jest politycznie niepoprawna), ewentualnie wstąpienie do PO, mogłoby uratować przed odpowiednim sklasyfikowaniem.

Orientacja seksualna jest tylko jedna i jest ściśle związana z płciowością człowieka, której celem jest przede wszystkim prokreacja i cementowanie więzi małżeńskiej. Cementowanie „więzi uczuciowej”, bo o prokreacji mowy być nie może, dwóch mężczyzn poprzez umieszczanie penisa w odbycie nie jest żadną orientacją seksualną, lecz odstępstwem od zachowania typowego w kontekście celowości używania tego organu, czyli zboczeniem. Wystarczy tylko pobieżna wiedza na temat roli, jaką pełnią w organizmie człowieka anus i penis, aby stwierdzić, że z ludźmi, którzy usiłują łączyć te dwie sprzeczne rzeczywistości jest coś nie tak. Oczywiście dla pederastów odbyt jest swego rodzaju protezą damskiej waginy (z braku laku dobry kit), ale nie zmienia to faktu że odbyt waginą nie jest, zaś markowanie pięknego ze swej istoty aktu płciowego poprzez umieszczanie penisa w odbytnicy jest niczym więcej jak samogwałtem z użyciem drugiego osobnika sprowadzonego do roli protezy. Możemy więc w odniesieniu do pederastów i lesbijek mówić nie o orientacji, a co najwyżej o dezorientacji seksualnej.

Jednocześnie ci sami osobnicy obojga płci absolutnie nie są konsekwentni w swoim postępowaniu. Nic nie słyszałem o tym, aby któryś/któraś z nich wpadł(a) na pomysł, aby na przykład jeść zupę z krzesła młotkiem. Oczywiście to logiczne, bo zupę nalewa się do talerza, który do tego służy, a nie na krzesło, które służy do siedzenia, a je się ją nie młotkiem, który służy głównie do wbijania gwoździ, a łyżką. I to też jest logiczne, a wręcz – powiedzmy to otwarcie – naturalne, czyli zgodne z przeznaczeniem tych przedmiotów. Każdy zboczeniec seksualny wie, że używanie przedmiotów niezgodnie z ich przeznaczeniem powoduje żałosne konsekwencje. Jak więc to jest, że ci godni politowania ludzie, którzy tak rygorystycznie szanują naturę otaczających ich przedmiotów w ogóle nie szanują natury własnego ciała?

Być może niektórzy mogą czuć niesmak i zażenowanie zbytnią „wnikliwością” w istotę problemu. To zrozumiałe – piszący te słowa jest także zniesmaczony i zażenowany faktem, że tak odrażająca problematyka zawłaszczyła ogromne obszary przestrzeni informacyjnej, i że został niejako tą sytuacją zmuszony do zanurzenia się w brudzie, przy którym komunalne ścieki są górskim strumykiem. Niestety, czasy kiedy można było dożyć słusznego wieku nie mając świadomości istnienia dewiantów seksualnych minęły – jak się wydaje – bezpowrotnie. W tej sytuacji wnikanie w anatomiczne aspekty problemu, chociaż wywołuje odrazę u każdego wrażliwego na dobro i piękno człowieka, jest w pełni uzasadnione i konieczne dla ukazania absurdalności zjawiska i stopnia zagrożenia, jakie ono stanowi dla ładu, porządku społecznego i fundamentów państwa.

Nie dajmy się jednak zwariować tej chorej propagandzie. Mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek stawić opór tej odrażającej patologii. To my jesteśmy normalni a ci, którzy – jak głoszą – odczuwają pociąg seksualny do osoby tej samej płci są nienormalni. Dopóki nie epatują nas tą swoją obrzydliwością i nie deprawują naszych dzieci niech sobie żyją, a jeśli proszą o pomoc w walce z tą przypadłością zobowiązani jesteśmy im pomóc. Co innego jednak, gdy szambo próbują nazywać źródlaną krynicą, zaś jego obrzydliwą zawartość każą nam pić niczym krystalicznie czystą wodę. To jest agresja, której wcale nie musimy znosić w imię opacznie rozumianej tolerancji. To, że jakiś dewiant seksualny odczuwa dyskomfort dlatego, że nie akceptujemy jego odrażającej kondycji, to jest wyłącznie jego sprawa, a nie nasza. W ogóle nie powinniśmy się przejmować jego dyskomfortem, bo mamy prawo do życia w atmosferze obyczajowej czystości, w przestrzeni publicznej wolnej od moralnego plugastwa. To samo dotyczy wszystkich – że tak użyję konfesyjnego języka – grzeszników, którzy nie mają prawa siać zgorszenia poprzez publiczne obnoszenie się ze swoją moralną obrzydliwością i nazywać grzechu cnotą.

Wobec wyjątkowej odrazy, jaką wywołują u normalnych ludzi zachowania homoseksualne, a zwłaszcza ze względu na zagrożenie, jakie stanowią dla ładu społecznego i fundamentów państwa, wszelka propaganda takich zachowań powinna być odbierana jako przejaw wyjątkowo niebezpiecznej dywersji i surowo karana. Jeśli więc w naszym sąsiedztwie zamieszkają seksualni dewianci jednej płci i z towarzyszącego temu kontekstu wynikać będzie, że pozostają ze sobą w sodomicznym związku, to mamy prawo od nich zażądać, aby nie obnosili się ze swoją odrażającą przypadłością i nie deprawowali naszych dzieci. A jeśli odmówią? Możemy ich poprosić żeby się przenieśli w inne miejsce. A jeśli i temu odmówią, to w ramach obrony koniecznej mamy prawo wymusić na nich stosowne zachowanie. Mamy do tego prawo, bo sodomia to nie jest sprawa gustu, lecz szczególnie odrażający atak na obraz Boga, jaki nosimy w duszy i sercu, to atak na piękno i geniusz boskiego stworzenia.

Inną sprawą jest, że w tej kwestii do zmagań na poziomie obywatela w ogóle nie powinno dochodzić. Ze względu na ogromne zagrożenie, jakie propaganda seksualnych postaw stanowi dla egzystencji i prawidłowego rozwoju Państwa, powinna ona uzyskać status zbrodni stanu i jako taka podlegać stosownej, bardzo surowej karze. Niestety instytucje państwa polskiego coraz konsekwentniej wydają się wspierać rozkładających porządek społeczny gorszycieli.

Jak więc mamy się bronić? Po pierwsze nie dać się zastraszyć i nie poddać się ideologii politycznej poprawności. Należy zacząć przestać używać eufemizmów w rodzaju „gej”, „orientacja seksualna” czy „małżeństwo jednopłciowe”, które zostały wprowadzone do obiegu, aby stępić naszą wrażliwość i sprawić, aby odrażające przestało być dla nas odrażające. Piątkowe głosowanie jest dla nas sygnałem, że nadszedł najwyższy czas, aby znowu zacząć nazywać rzeczy po imieniu. A więc w polskim języku są tak pełne treści i nieobraźliwe słowa jak „pedał”, „sodomita”, „zboczeniec”, „dewiant”. Należy też w bezpośrednich słowach, gdzie tylko się da, przypominać, że homoseksualizm nie jest żadną orientacją seksualną, lecz zboczeniem, którego propaganda może spowodować niezwykle groźne dla publicznej moralności konsekwencje oraz że propagowanie homoseksualnych postaw jest godnym najwyższej kary zbrodniczym procederem. Homoseksualiści nie są żadnymi gejami (czasami może gojami), lecz seksualnymi zboczeńcami i tak ich należy sine ira et studio określać, dlatego że to jest po prostu prawdą (zgodność poznania z rzeczywistością). Pederastia budzi i zawsze będzie budzić powszechną odrazę i chwilowe mody nie są w stanie tego zmienić, zaś wysiłki dewiantów seksualnych zmierzające do oszukania natury zawsze będą bezowocne i groteskowe, a przez to będą wywoływać rozbawienie i politowanie. I nie zmienią tego groźne pomruki z Brukseli ani żadne paragrafy, bo z tym co próbują nam narzucić nadają się tylko do obśmiania. Jeszcze 30 lat temu dwóch facetów czy dwie kobiety deklarujące chęć zawarcia ze sobą związku małżeńskiego trafiłoby niechybnie do psychiatryka. I tak powinno pozostać. Satis!!!

[komentarz retorsyjny]

Trzydzieści lat z perspektywy np. heglowskiego ducha dziejów to mały pikuś. Przekonujemy się o tym na każdym kroku. Przecież zupełnie nie tak dawno opublikowany został, z założenia tajny (niczym sławetne Protokoły… określonych mędrców) tzw. Manifest pederastyczny, otwarcie zapowiadający m.in. zniewolenie i podporządkowanie swoim „wartościom” całej sfery edukacji. I oto plony tej ofensywy zbieramy już dziś. Jednym z „sygnatariuszy” odrzucających poprawkę dotycząca sprecyzowania, co rozumiemy pod trywialnym pojęciem małżeństwa w ustawie "Prywatne prawo międzynarodowe", była niejaka p. Krystyna Szumilas, sekretarz stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej, odpowiedzialna m.in. za reformę programową, w tym za podręczniki dopuszczane do użytku szkolnego.

Dziwnym zbiegiem okoliczności resort edukacji od pewnego czasu szturmowany jest przez rodzime i internacjonale organizacje pederastyczne, żądające uwzględnienia w podstawie programowej treści, nazwijmy to wprost, wychowania sodomistycznego, a także wycofania nieprawomyślnych podręczników do wychowania do życia w rodzinie. Poziom spanikowania ministerialnych urzędników  stopniowo osiąga swoje apogeum, gdyż okazuje się, że wszechpederastyczny ruch zdobywa swoich sojuszników wśród coraz większej liczby posłów (bombardujących urzędasów tonami interpelacji), ma poparcie pełnomocnika rządu do spraw równego traktowania, Rzecznika Praw Obywatelskich, Rzecznika Praw Dziecka i tym podobnych kuriozów, a wreszcie zdobył przyczółki w samym kierownictwie MEN. Pani Minister Szumilas dziarsko dotrzymuje kroku znany propagator niekonwencjonalnych penetracji, ojciec chrzestny słynnego poradnika Rady Europy Kompas – niejaki p. podsekretarz stanu Mirosław Sielatycki.

Jeszcze dzień, najwyżej dwa i wszystko się odmieni. Z błogosławieństwem luminarzy oświaty i wychowania propaganda pederastyczna zawita do polskich szkół, zdeprawowane już poprzednią akcją pod kryptonimem "holokaust" miernoty nauczycielskie z oddaniem wartym lepszej sprawy wtłoczą kolejną bzdurę w umysły naszych dzieci, a p. minister Szumilas w nagrodę najprawdopodobniej obejmie urząd ministra edukacji narodowej (?). Warto by jednak w tym miejscu przypomnieć tej miłej, choć nieco siermiężnej kobiecinie, żeby pamiętała przy okazji swoich przyszłych oficjalnych występów, zwłaszcza przy korzystaniu z cateringu, że bezy wtłaczamy sobie do organizmu – jak uczyła tego inna pani, też określony autorytet – za pomocą łyżeczki. Nie wiem dlaczego, ale niektórzy uważają, że srebrne są lepsze.


Czytaj także:

Zakaz pedałowania w Belgradzie. Wyciek mierzwy powstrzymany
Kochajmy się jedni na drugich. Duisburg prefiguracją Sodomy
You ugly prick! – albo czy na pewno jestem tolerancyjny?!

 

 

 
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Krótkie spięcia

Wieści z frontu

EUR PLN CHARTS

Zwróć uwagę

Uwaga, może zaboleć:
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

stat4u