A.D.: 3 Grudzień 2020    |    Dziś świętego (-ej): Franciszek, Hilary, Ksawery

Patriota.pl

Najdalej dojdzie ten, kto podąża samotnie.
Louis-Ferdinand Céline

 
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Błąd
  • Nieudane wczytanie danych z kanału informacyjnego.

Marche ou crève, czyli klęska „kadafizacji”

Drukuj
Ocena użytkowników: / 5
SłabyŚwietny 

Tags: Hic et nunc | Lewiatan

 Jedenastego listopada 2011 r. stała się rzecz, która nie powinna była się zdarzyć – władze Polski i władze Warszawy znieważyły Polski Naród. Przez kilka godzin na ulicach Warszawy lewackie bojówki współdziałające z komandami policyjnych prowokatorów jakby na zamówienie pacyfikowały obchody Święta Niepodległości, zorganizowane przez środowiska narodowo-katolickie. Chwilami pacyfikacja ta przybierała formę prawdziwego polowania na ludzi z polskimi flagami – policyjni tajniacy katowali każdego, kto chciał dołączyć do kolumny kilkudziesięciu tysięcy ludzi świętujących niepodległość Polski. Charakterystyczne, że do tzw. zamieszek doszło jedynie w tych miejscach, gdzie była policja.

Opierając się na doświadczeniach z autopsji oraz oglądając niezliczoną liczbę materiałów zamieszczonych w internecie nie sposób oprzeć się wrażeniu, że policja wręcz dążyła do konfrontacji. Wydaje się też, że to policja dokonała eskalacji napięcia do tego stopnia, że doszło do zajść na Placu Konstytucji. Doprowadziła do tego izolując na niewielkim obszarze kilkaset osób, które usiłowały dołączyć do głównej grupy Polaków świętujących niepodległość własnej Ojczyzny.

Rozwścieczyć tłum i wypałować

Internet pełen jest materiałów, na których wyraźnie widać jak bezwzględni tajniacy atakują osoby z flagami. Po wielu takich próbach odciętym manifestantom zaczęły puszczać nerwy i w konsekwencji zaczęli opędzać się od kąsających ich tajniaków rzucając w nich czym popadnie, podobnie jak to się robi w sytuacji, gdy atakuje sfora psów. Oglądając te filmy można zrozumieć dlaczego kibice nienawidzą policji. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to, co działo się w piątek 11 listopada na Placu Konstytucji i Placu na Rozdrożu zostało wcześniej dokładnie przećwiczone, a może nawet i zaplanowane.

Z niedowierzaniem oglądałem działania policji, zwłaszcza na Placu na Rozdrożu. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że policja nie tylko nie zachowała bezstronności, lecz swoją postawą, zachowaniem i komunikatami jakby celowo prowokowała uczestników Marszu. Już samo pojawienie się jej z wyraźnie wyczuwalną, a momentami otwarcie manifestowaną wrogością wobec świętujących powodowało eskalację napięcia. Policja nie chroniła uczestników Marszu Niepodległości, lecz izolowała, a jest to istotna różnica. Swoim zachowaniem policja zdradzała, że spodziewa się zagrożenia nie z zewnątrz, lecz ze strony uczestników Marszu. Działo się tak, pomimo tego, że nie było ku temu żadnych przesłanek. Przeciwnie! Przez wiele kilometrów Marsz bez asysty policji, albo z minimalnym i raczej przypadkowym jej udziałem, szedł spokojnie ulicami Warszawy, mijając m.in. tak newralgiczne miejsca jak ambasada Rosji (jednego z najbardziej zbójeckich państw na świecie) i Kancelaria Prezesa Rady Ministrów. Zadziwiające, że do zaogniania sytuacji dochodziło z chwilą pojawiania się policji.

Tego dnia policja w ogóle nie przypominała tej, jaką znałem do tej pory, czyli formacji, której obecność daje poczucie bezpieczeństwa. Mam już swoje lata i patrząc na to wszystko doznałem swoistego deja vu. Sceny z owego dnia co żywo przypominały coś, co przeżywałem w czasach stanu wojennego. Policja biła osoby, które w ogóle nie zachowywały się agresywnie, niosąc jedynie narodowe flagi. Jednocześnie w ogóle nie reagowała na prowokacje lewackich prymitywów, którzy nie tylko bili każdego, kto niósł barwy narodowe, ale też bezczelnie lżyli symbolikę narodową. Nie było żadnej reakcji policji, gdy Ryszard Tymański (pseudonim operacyjny „Tymon”, znany publicysta nieboszczki „Trybuny”) znieważał godło państwowe, śpiewając Dymać Orła Białego, ale jak sfora gotowych do ataku wściekłych psów osaczali uczestników Marszu Niepodległości na Placu na Rozdrożu. Widocznie w oczach policji w obrażaniu symboliki narodowej nie ma nic prowokacyjnego, natomiast skandowanie haseł „Bóg, Honor, Ojczyzna” już tak.

Powrót ZOMO i PRL

Po 22 latach od rzekomego obalenia komunizmu, 11 listopada 2011 r. policja ponownie przestała być polska, a stała się tym razem tęczowa. Dzień 11 listopada 2011 r. jest w istocie dniem powrotu Milicji Obywatelskiej. – Zasadniczo różnica między ZOMO z czasów PRL-u a policją w dniu 11 listopada, była tylko taka, że nie została użyta broń palna, ale następnym razem, kto wie? – zauważa ekspert w dziedzinie stosowania środków przymusu, który zastrzegł anonimowość. Jego zdaniem niedopuszczalne jest użycie środków przymusu bezpośredniego względem osoby, która po zatrzymaniu stawia bierny opór, jak również względem osób, których zachowanie nie wskazuje na jakiekolwiek zagrożenie życia lub zdrowia funkcjonariuszy lub osób postronnych. – Środki przymusu, jak np. pałka, służą tylko i wyłącznie do obrony (zasłony, blokady), ale nigdy do ataku, jak również zabrania się uderzeń pałką np. w głowę. Środków przymusu używa się względem osób, które posiadają i chcą użyć niebezpiecznego narzędzia w rodzaju noża czy metalowego pręta – twierdzi znawca problematyki.

Czy nie doszło więc do sytuacji, że oto władze państwowe posłużyły się podległą im strukturą, której zadaniem jest strzec bezpieczeństwa i praworządności, z zamiarem zastraszenia tej części społeczeństwa, która nie podziela wizji Polski lansowanej przez rząd Donalda Tuska? Oczywiście poza logicznymi wnioskami, nie mam na to bezpośrednich dowodów, ale bezwzględność policji, a zwłaszcza posłużenie się na dużą skalę tajniakami, utwierdza mnie w przekonaniu, że policjanci dostali o wiele więcej niż tylko przyzwolenie na nadużywanie siły – może policja miała nawet polecenie, aby zrobić wszystko, żeby doprowadzić do zamieszek. Wskazuje też na to dwoista postawa funkcjonariuszy. Z jednej strony mieliśmy do czynienia z niesamowitą nadgorliwością tajniaków, których zadaniem było chyba rozsierdzenie tłumu, z drugiej kunktatorstwo policjantów w rynsztunku, którzy nie kwapili się do szybkiego i zdecydowanego stłumienia chuligańskiej zadymy w zarodku. W swoim czasie byłem świadkiem podobnej akcji w wykonaniu włoskich karabinierów, którzy zdecydowanym szturmem błyskawicznie zlikwidowali zarzewie potencjalnych zamieszek. Nic takiego nie dało się zaobserwować w Warszawie 11 listopada 2011 r., zwłaszcza w odniesieniu do ataków niemieckich i polskich internazistów.

Jestem przekonany, że gdyby nie obecność setek kamer i aparatów fotograficznych, w które uzbroili się „faszyści”, to doszłoby do tragedii. Było aż nadto widoczne, że tego dnia policja jest na haju i aż rwała się do stosowania przemocy. Wielu ludzi bito bez żadnego uzasadnienia, tylko dlatego, że nieśli polską flagę lub byli krótko ostrzyżeni. To, że często czynili to na bezczela, często w świetle kamer, tylko utwierdza w przekonaniu, że czuli się bezkarni. Być może mieli błogosławieństwo co najmniej z Placu Bankowego, a może i z Alei Ujazdowskich.

Do myślenia daje błyskawiczna reakcja Donalda Tuska na doniesienia o „zamieszkach”, który bez badania sprawy od razu wiedział, że wywołały je bandy kiboli i ostentacyjnie pochwalił działania policji, nie zająknąwszy się nawet nad koniecznością zbadania okoliczności i przyczyn zajść. Jednocześnie natychmiast odrzucił doniesienia o brutalności policji uznając je za nieprawdziwe. Czy więc, jak chcą niektórzy komentatorzy, zawiodło państwo, czy też realizowano przygotowany wcześniej scenariusz? Może jednak nie był to przypadek?

Pod medialnym patronatem

W wydarzeniach z 11 listopada haniebną rolę odegrały również media elektroniczne głównego nurtu. Zadzwoniłem do znajomych w różnych stronach Polski z pytaniem „co wiecie o Marszu Niepodległości?”. W odpowiedzi najczęściej spotykałem się ze zdziwieniem, że w ogóle mówię o marszu, kiedy w istocie były tylko jakieś sprowokowane przez „skrajną prawicę” i „kiboli” zamieszki. I tyle. Ale co się dziwić, kiedy poza Radiem Maryja i Telewizją TRWAM pozostałe media, pokazując doprowadzonych do desperacji uwięzionych na Placu Konstytucji młodych ludzi, zaczęły snuć dywagacje czy czasem nie należałoby w przyszłym roku zakazać Marszu Niepodległości.

Nie wszyscy mieli możliwość pójść na marsz, wielu się bało prowokacji i postanowiło obejrzeć manifestację uczuć patriotycznych w telewizji. Nie doczekali się jednak transmisji z Marszu, za to ze zdumieniem i niedowierzaniem oglądali wyreżyserowany być może nawet w KPRM-ie medialny spektakl. Ściągnięto więc tzw. ekspertów, jednego głupszego od drugiego, którzy prześcigali się w wymyślaniu sposobów na zamknięcie ust Polakom chcącym celebrować niepodległość swojej Ojczyzny w następnych latach. W efekcie cała Polska nie widziała nawet migawki z Marszu Niepodległości, za to transmisję zamieszek sprowokowanych rzekomo przez bliżej nieokreśloną „skrajną prawicę”, kojarzoną przez okupujących telewizyjne studia lewaków jednoznacznie z organizatorami i uczestnikami Marszu i – jak przekonywano – wspierających ich popieranych przez Prawo i Sprawiedliwość tzw. kiboli. Jakże czytelny komunikat mający ogłupić w tym temacie Polaków i podtrzymywać czarną legendę Prawa i Sprawiedliwości, jako ugrupowania niebezpiecznego, nieobliczalnego, wręcz hołdującego przemocy.

Nie dali się sprowokować

A tymczasem bez obecności dziennikarzy innymi ulicami Stolicy spokojnie ciągnęła licząca kilkadziesiąt tysięcy ludzi kolumna uczestników Marszu Niepodległości. Ta wspaniała manifestacja uczuć patriotycznych w najmniejszym stopniu nie wzbudziła zainteresowania żadnej dużej telewizji, nawet publicznej. Za to intensywnie szukano czegokolwiek, co by pozwoliło zohydzić to wspaniałe wydarzenie. Pewnie, że skandal, ale kogo to obchodzi. Przez prawie dwa tygodnie obrażona i poniżona 11 listopada część Narodu nie usłyszała słów ubolewania ani ze strony osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo, ani ze strony przedstawicieli telewizji, zwłaszcza publicznej. Przecież nic się nie stało poza tym, że dopuszczono się mega manipulacji.

Poza Placem Konstytucji drugą zasadzkę zorganizowano na Placu na Rozdrożu, gdzie dziwnym zrządzeniem znalazła się w dużej liczbie policja, która wcześniej w ogóle nie interesowała się Marszem. No i nie zawiodły się medialne hieny i dostały, co chciały. Ktoś podpalił wóz transmisyjny stacji TVN – coś takiego zawsze działa na umiejętnie sterowanych widzów telewizyjnych relacji. Chociaż od owego dnia minęło już prawie dwa tygodnie, i chociaż widok płonącego samochodu TVN na pewno u wielu Polaków wzbudził uczucie satysfakcji, to jak dotąd nic nie wiadomo o sprawcach tego czynu, podobnie jak o „kibolach” i „skrajnych prawicowcach” zatrzymanych na Placu Konstytucji. Może poza zwykłymi chuliganami część z nich to byli policyjni prowokatorzy, których pełno widać na internetowych materiałach. Pewne jest jednak, że gdyby to uczynił ktoś z uczestników Marszu, cała Europa czerpiąca wiedzę o Polsce z ulicy Czerskiej tak trzęsła by się z oburzenia od Gibraltaru, do Przylądka Północnego, że oś ziemi zmieniłaby swoje położenie do czasu aż nie wytępiono by „faszystów” w Polsce.

Coś chyba jednak nie wyszło? Czyżby prowokacja się nie udała? To prawda – uczestnicy Marszu Niepodległości zachowali się wspaniale i nie dali się sprowokować o czym świadczy dziwna cisza, jaka zapanowała nad tragicznym unicestwieniem mienia należącego do stacji, która codziennie za przyzwoleniem telemotłochu lży każdego, kto kocha Polskę, komu jest bliskie hasło: Bóg, Honor, Ojczyzna. I faktu tego nie zmieniają nawet chwilami niewybredne komentarze wypowiadane nad wrakiem samochodu, który dla wielu obecnych na Placu na Rozdrożu był po prostu symbolem bezczelnego kłamstwa i siermiężnych manipulacji. Prowokacje się nie udały – dlatego też dziwnym trafem nad Marszem Niepodległości zapadła głucha cisza.

Pokłosie kotylionowego patriotyzmu

Cisza zapadła, ale powszechna podświadomość została zainfekowana niebezpiecznym kłamstwem. Musimy mieć świadomość, że używanie przez dziennikarzy i polityków w stosunku do wydarzeń wokół Marszu Niepodległości określeń w rodzaju „skrajna prawica”, „kibole” i okraszenie ich transmisją z Placu Konstytucji odbyło się w wyraźnie podkreślonym kontekście oficjalnych obchodów z udziałem Prezydenta i Premiera, którego symbolem był „radosny” kotylion. Tę głupkowatą farsę wymyślił w ubiegłym roku, a powielił w tym prezydent Bronisław Komorowski.

W liście do uczniów i nauczycieli zachęcał pozbawionym jakiejkolwiek treści modernistycznym bełkotem, aby w przededniu Święta Niepodległości włączyli się w przygotowanie biało-czerwonych kotylionów, „które będą znakiem naszej obywatelskiej wspólnoty”. „Polska łączy nas wszystkich i dlatego 11 listopada to święto wypełnione dobrymi emocjami i pozytywną energią. Święto uśmiechnięte. Święto pozytywnie pojmowanego patriotyzmu, przeżywanego z dumą i radością. (…) Niech więc ten biało-czerwony kotylion będzie znakiem pozytywnej energii, naszych nadziei i ambicji, naszej radości z wielkiego wspólnego dobra – Rzeczypospolitej” – bełkotał Komorowski w wyprodukowanym przez jego kancelarię gniocie.

Niby na pozór wszystko jest w porządku, ale jak to w każdym lewactwie, nawet w tym krótkim fragmencie listu pełno jest fałszów i jadu wymierzonego w tych, którzy nie podzielają poglądów opcji politycznej reprezentowanej przez Prezydenta. Ileż tutaj antagonizowania, stygmatyzowania. Przyjrzyjmy się z grubsza jego treści. Już początek zacytowanego fragmentu jest jedną wielką manipulacją. Bo co to znaczy, że „Polska łączy nas wszystkich”? To oczywistość, że Polska łączy wszystkich, którzy czują się Polakami. Interesujące jest dodanie do tej frazy szeregu bełkotliwych określeń odnośnie święta 11 listopada, które brzmią jak spis treści w leksykonie zagrożeń duchowych. Dowiadujemy się mianowicie, że jest to święto „wypełnione dobrymi emocjami” i „pozytywną energią”, święto „uśmiechnięte”, święto „pozytywnie pojmowanego patriotyzmu” przeżywanego oczywiście „z dumą i radością”, chociaż w liście brak nawet zdania z czego niby mielibyśmy być dumni i z czego mielibyśmy się radować (może z tych podwyżek, które tydzień później zaproponował Premier albo z tego, że jesteśmy debilami, którzy dają się wykorzystywać na hasło Unia Europejska?). Interesująca mieszanka semantycznych śmieci i absurdów ze szczyptą patosu.

Kogo więc ma „łączyć Polska”? Proste – ogłupiały, bezrefleksyjny motłoch, który – niczym bohaterowie reklam nikomu niepotrzebnych towarów – ugania się za pustymi wrażeniami, który po styczniowej tresurze Owsiaka ma rechotać dla samego rechotania, nie wiedząc nawet co ma świętować (może to, że jest wtedy wolny dzień?). Chodzi więc o typiczny elektorat Platformy Obywatelskiej. Oczywiście symbolem takiego świętowania jest wydziergany przez infantylne towarzystwo wzajemnej adoracji obcy polskiej tradycji biało-czerwony kotylion „będący znakiem – a jakżeby – pozytywnej energii, naszych nadziei i ambicji, naszej radości z wielkiego wspólnego dobra – Rzeczypospolitej” (powtórka mieszanki semantycznych śmieci i absurdów ze szczyptą patosu, przypominająca zawartość podręcznika dla amatorów jogi).

Dewiza Prezydenta – Dziel i rządź!

W świętowaniu proponowanym przez Komorowskiego nie ma miejsca dla kultu wartości i cnót moralnych, czci dla bohaterów, nie ma miejsca na piękne i wzniosłe wzruszenia oraz kultywowanie pamięci o wydarzeniach z historii Polski i dokonań Polaków, które stały się fundamentem naszej niepodległości. W liście nie ma żadnych odniesień w tym kierunku. A więc jak się okazuje fraza „Polska łączy nas wszystkich” jest orwellowską fasadą, maskującą działania, których celem jest dokładnie coś odwrotnego – skłócenie Polaków. Wszak divide et impera. Szczególnie niebezpieczne jest to, że głównym celem tych destrukcyjnych działań są dzieci i młodzież szkolna.

List Prezydenta jest więc niezwykle groźną trucizną powodującą podziały w polskim społeczeństwie. Zauważmy, że jeszcze dwa lata temu nie było żadnych kontrowersji wokół sposobu obchodów Święta Niepodległości, ale rok temu już tak, już był podział na postępowych patriotów kotylionowych i moherowych narodowców. Wystarczyło samo wprowadzenie obcego polskiej tradycji elementu w odpowiedniej semantycznej i aksjologicznej otoczce, aby zasiać burzę. W tym roku antagonizm się znacznie wyostrzył, docierając nawet pod strzechy.

Dowiedziałem się od pewnej osoby, która w tym uczestniczyła, że w jednej w gmin w województwie lubelskim kotylionowcy, czując chyba, że się szmacą, zaczęli stygmatyzować osoby, które ze zrozumieniem przeczytały list prezydenta (a zwłaszcza przekaz między wierszami) i postanowiły nie przypinać obcego polskiej tradycji kotylionu i nie uczestniczyć w uwłaczającym godności Polaka głupkowatym spektaklu. „Dlaczego nie chcesz przypiąć kotylionu” – pytali natarczywie kotylionowcy, nie rozumiejąc, że dla każdego myślącego i wrażliwego Polaka kotylion jest odrażającym symbolem ludobójstwa rewolucji francuskiej. Czy w taki sposób „Polska łączy nas wszystkich”? „Nie przypiąłem, bo nie chcę” – uzyskał odpowiedź natarczywiec. Ciekawe, że ci, którzy postanowili nie nosić kotylionu jakoś nie pytali tych, co go przypięli, dlaczego bezrefleksyjnie przypinasz ten obcy polskiej tradycji symbol? I kto tu jątrzy – narodowcy czy postępowcy? Jest to klasyczny przykład zderzenia postawy totalitarnej (narzucanie, stygmatyzacja) z postawą osoby wolnej (wolność wyboru).

Naród contra demos

W Marszu Niepodległości szli Ci, którzy poważnie traktują Polskę, dla których Polska jest najwyższą wartością, a nie polem ekonomicznej eksploatacji i obyczajowych eksperymentów. W Marszu Niepodległości szli Ci, którzy będąc dumni z dokonań przodków, nie uznają za powód do dumy sprowadzenie polski do poziomu – jak niezwykle trafnie określił to Jarosław Kaczyński – niemiecko-rosyjskiego kondominium i rezerwuaru doskonale wykwalifikowanej siły roboczej dla obcych państw. Kierowani miłością do Ojczyzny z pełną świadomością uczestnicy Marszu odrzucili kotylionowe szyderstwo z patriotyzmu.

Ci z kolei, którzy przypięli kotyliony, dzielą się na tych, którzy nie rozeznali podstępu Komorowskiego i nie byli świadomi, że uczestniczą w poniżającej hucpie oraz tych dla których świętowanie „pozytywnie pojmowanego patriotyzmu” sprowadza się do afirmacji obyczajowego prymitywizmu, wulgarności i rozwiązłości seksualnej, publicznego obnoszenia się z dewiacjami i brakiem odpowiedzialnego podejścia do życia. Jest jeszcze jedna grupa, która przypięła kotyliony – to zakompleksione miernoty, dla których czyn ten był równoznaczny z przepustką na najwyższe salony.

Skompromitować patriotyzm, zohydzić opozycję

Na siłę lansując obcy polskiej tradycji kotylionowy patriotyzm, Bronisław Komorowski znacząco przyczynił się do budowy atmosfery wrogości wobec środowisk narodowo-katolickich i konserwatywnych, a w konsekwencji eskalacji napięcia w dniu 11 listopada 2011 r. Jako pierwszemu politykowi stojącemu na czele państwa udało mu się bardzo silnie i trwale zantagonizować naród Polski. Kotylionowej propagandzie towarzyszyła wielotygodniowa nagonka „Gazety Wyborczej” sprowadzająca się do publicznej bardzo negatywnej stygmatyzacji środowisk narodowo-katolickich. W tym kontekście nie dziwi wroga wobec uczestników Marszu Niepodległości postawa policji i wykraczająca poza obowiązki, rodząca poczucie bezkarności nadgorliwość policyjnych prowokatorów.

Można by zapytać: po co to wszystko? Jaką korzyść mogą mieć Premier i Prezydent ze szkalowania środowisk przywiązanych do tradycyjnego pojmowania patriotyzmu? A jednak mogą – tą korzyścią jest chęć nieograniczonej w czasie pełni władzy. Zdając sobie sprawę z własnej nieudolności, Donald Tusk rozumie, że jak długo istnieje silna opozycja w postaci Prawa i Sprawiedliwości nie może być pewien utrzymania się przy władzy. Ostatecznie jest narastający kryzys i motłochowi może się coś odmienić. Dlatego jego celem jest zaszczepienie motłochowi trwałego lęku przed środowiskami odwołującymi się do wartości narodowo-katolickich oraz totalne skompromitowanie opozycji w kraju i za granicą. Przekonanie zagranicznych „partnerów”, że Prawo i Sprawiedliwość jest ugrupowaniem niebezpiecznym, głoszącym nienawiść rasową, nawołującym do dyskryminacji wszelkiej maści pieszczochów politycznej poprawności otworzyłoby też opcję do ewentualnej fizycznej rozprawy z opozycją. Taka kadafizacja Prawa i Sprawiedliwości sprawi, że nikt na Zachodzie nie stanie w jego obronie.

Plan był więc prosty. Wywołać zamieszki, zwalić winę na uczestników Marszu Niepodległości, obrzucić ich stosownymi, dobrze rozpoznawalnymi i fatalnie kojarzącymi się na Zachodzie epitetami, rzekomych sprawców zamieszek ściśle powiązać z PiS-em, no i „w trosce o bezpieczeństwo obywateli” wprowadzić obostrzenia prawne uniemożliwiające „lubującej się w uciekaniu się do przemocy z byle powodu” opozycji organizowanie publicznych demonstracji i manifestacji. Wielomiesięczne działania środowisk lewicowych, na czele z „Gazetą Wyborczą” i „Krytyką Polityczną”, a także inicjatywa Komorowskiego wytworzyły sprzyjający klimat do przeprowadzenia prowokacji i wcielenia planu w życie. Mamy więc tutaj do czynienia z dwoma równoległymi działaniami, prowadzącymi do jednego celu – ostateczne przetrącenie kręgosłupa moralnego Narodu, zniszczenie Prawa i Sprawiedliwości jako liczącej się siły politycznej, a w konsekwencji pełna i nieograniczona czasowo władza Platformy Obywatelskiej.

Lewactwo nie doceniło jednak siły środowisk patriotycznych. Liczba uczestników Marszu Niepodległości szacowana na około 30 tys. ludzi zrobiła wrażenie i najwyraźniej ostudziła zapędy Tuska, który zrozumiał, że się przeliczył. Może bardziej niż liczba uczestników wrażenie zrobiło zdyscyplinowanie, jakim wykazała się ta przemierzająca Warszawę wielka rzeka ludzi. Wbrew temu, co mówił Tusk, policja z całą jaskrawością ujawniła swoją niekompetencję i totalny brak finezji. Swoimi siermiężnymi działaniami sprawiła, że knowania sprzymierzonego z lewactwem Tuska stały się nazbyt czytelne. A to ci pech!

Tymczasem uczestnicy Marszu Niepodległości pokazali klasę i nie dali się sprowokować policji i wydaje się, że akcja, której celem było skompromitowanie środowiska katolicko-narodowych, a w dalszej perspektywie zniewolenie Polaków, spaliła na panewce. Nie tylko nie daliśmy się sprowokować, ale też nie daliśmy się zastraszyć i skompromitować. Policyjne prowokacje sprawiły jedynie, że w przyszłym roku prawdopodobnie będzie nas dużo więcej i nauczeni tegorocznym doświadczeniem lepiej się przygotujemy. Mamy już dość panoszenia się ekonomicznych szarlatanów, brukselskich pasożytów, politycznych zdrajców, publicznego obnoszenia się ze zboczeniami, deprawacji dzieci i młodzieży, złodziejstwa, wulgarności i zwykłego chamstwa. Satis.

 

 


Marsz Niepodległości - telewizja tego nie pokazała
Marsz Niepodległości - wypowiedź Jana Żaryna
Marsz Niepodległości - tajniacy w akcji
Marsz Niepodległości - tajniacy w akcji 2
Marsz Niepodległości - policja zdała egzamin
Marsz Niepodległości - kto z kim przestaje
Marsz Niepodległości - j...ć biało-czerwoną
Marsz Niepodległości - post factum
Marsz Niepodległości - widziałem naziola
Marsz Niepodległości - etos kibica


[Oprawa ikonograficzna - źródło: Droga Legionisty]

 
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama


stat4u