A.D.: 21 Październik 2020    |    Dziś świętego (-ej): Halki, Filipa, Przybysława

Patriota.pl

Po Berlinie sobie tuptam
patrzę: trup tu, patrzę trup tam.
Jan Zaborowski, Luźne kartki

 
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Błąd
  • Nieudane wczytanie danych z kanału informacyjnego.

Polityka duplikatów, czyli być jak Norman Davies

Drukuj
Ocena użytkowników: / 9
SłabyŚwietny 

Tags: Hic et nunc | Lewiatan

Minął rok od tragedii pod Smoleńskiem. Z ogromnym niesmakiem i zażenowaniem mieliśmy okazję śledzić przebieg oficjalnych uroczystości upamiętnienia tragedii. Oficjalne czynniki wraz z całym środowiskiem Platformy Obywatelskiej robiły wszystko, aby uroczystości sprowadzić do wymiaru wyłącznie osobistej tragedii rodzin ofiar tego czegoś, co stało się pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r. Chociaż często wzywano do pojednania ponad podziałami, to jednak w oficjalnych obchodach rocznicowych nie można ani śladu skruchy wśród tych, którzy najpierw przyłączając się do brudnej gry Władimira Putina ewidentnie przyczynili się do tragedii sprzed roku, a następnie oddając śledztwo Rosji uniemożliwili dokładne zbadanie przyczyn hekatomby ostatnich polityków ze szczytów władzy, którym zależało na Polsce.

Bez wątpienia sobotnio-niedzielne oficjalne uroczystości były kolejną bezczelną próbą zamiatania pod dywan konsekwencji niewygodnej dla rządzących Polską targowiczan sytuacji, jaka wytworzyła się po ubiegłorocznej tragedii, a która z przerażającą bezwzględnością obnażyła całkowitą dyspozycyjność rządu Donalda Tuska i skupionych wokół niego kolaborantów wobec Rosji. Jedynym jasnym punktem oficjalnych obchodów rocznicy było to, że pełniącemu urząd prezydenta Bronisławowi „Bul”-Komorowskiemu nie udało się dotrzeć do Krakowa, aby złożyć kwiaty na sarkofagu, w którym spoczywają ciała Prezydenckiej Pary. I dobrze – wystarczy już tej obłudy.

Dopełnieniem oficjalnych obchodów pierwszej rocznicy smoleńskiej tragedii był kolejny afront, jakiego rosyjscy czekiści dopuścili się wobec Narodu Polskiego, a przede wszystkim wobec ofiar ubiegłorocznej tragedii i ich rodzin. Otóż zbójeckim sposobem, w przeddzień uroczystości w Smoleńsku (w nocy z 8 na 9 kwietnia), dokonano podmiany tablic na kamieniu upamiętniającym miejsce katastrofy smoleńskiej. Ufundowaną przez Stowarzyszenie Katyń 2010 tablicę o treści: „Pamięci 96 Polaków na czele z prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej Lechem Kaczyńskim, którzy 10 kwietnia 2010 r. zginęli w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem, w drodze na uroczystości upamiętnienia 70. rocznicy sowieckiej zbrodni ludobójstwa w Lesie Katyńskim dokonanej na jeńcach wojennych, na oficerach Wojska Polskiego w 1940 r.”, zastąpiono tablicą o treści: „Pamięci 96 Polaków na czele z prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej Lechem Kaczyńskim, którzy zginęli w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 roku”, co całkowicie wypacza prawdę o okolicznościach tragedii. Nowa tablica ze względu na okrojoną treść może mieć co najwyżej rangę informacji dla mało rozgarniętego turysty, który zrozumie z niej tyle, że polska Para Prezydencka ignorując wszelkie względy bezpieczeństwa udała się lekkomyślnie z równie rozgarniętą świtą na wycieczkę krajoznawczą po pograniczu rosyjsko-białoruskim.

Oczywiście Polacy nie kryli oburzenia postępowaniem rosyjskiej strony, nawet Ci którzy nie sympatyzują ze środowiskami patriotycznymi skupionymi wokół Jarosława Kaczyńskiego i „Gazety Polskiej”. Tymczasem Rosjanie, ustami gubernatora obwodu smoleńskiego Siergieja Antufjewa dziwili się naszemu oburzeniu, bo przecież ich zdaniem nic złego się nie stało, zaś tablicę zmieniono – jak relacjonowała Polska Agencja Prasowa – po licznych sygnałach od obywateli rosyjskich, którzy skarżyli się, że nie rozumieją napisu na tablicy.

Gdyby chodziło tutaj jedynie o przetłumaczenie tablic, to nawet bylibyśmy wdzięczni Rosjanom. Chodziło jednak o istotną cenzurę, bo przecież obywatele rosyjscy mieli zrozumieć tylko pierwszą połowę zdania z pierwotnej tablicy, którą – już przetłumaczoną pozostawiono na nowej tablicy. Drugą połowę zdania uznano za zbędną, bo przecież obywatele rosyjscy nie mogą zetknąć nawet w sposób tak pośredni z prawdą o zbrodni katyńskiej. Okazuje się, że prawda o sowieckim ludobójstwie na bezbronnych polskich oficerach nadal – pomimo ubiegłorocznych deklaracji prezydenta Dmitrija Midwiediewa – mocno uwiera gospodarzy Kremla. Pomalowali klamki i żyrandole złotem, włożyli markowe garnitury ale w sercach pozostali strzelającymi w tył głowy polskim oficerom eNKaWuDzistami. Oczywiście władze Smoleńska nie wykazały się tutaj jakąś własną inicjatywą. W rosyjskiej tradycji państwowej, coś takiego jak oddolna inicjatywa nie istnieje. Przyznał to rzecznik gubernatora Smoleńska Andriej Jewsiejenkow twierdząc, że decyzja była konsultowana z rosyjskim MSZ. Bez wątpienia więc decyzję o treści tablic podjęto w Moskwie.

Nie koniec jednak na tym. Antufjew stwierdził butnie, że władze Smoleńska, które były wykonawcami całej operacji podmiany tablic, nie musiały konsultować się w tej sprawie ze stroną polską, ponieważ miejsce katastrofy, będące terytorium Rosji znajduje się w ich jurysdykcji. Nie ma dla niego znaczenia, że jednak wszystkie ofiary były Polakami. No cóż, wariant postępowania przećwiczony od 1943 roku. Tę haniebną postawę Rosjan najtrafniej skomentowała w rozmowie z Polską Agencją Prasową wdowa po prezesie IPN Januszu Kurtyce – Zuzanna Kurtyka: „To bardzo znamienne, w jaki sposób Rosja traktuje nas, Polaków i rodziny ofiar katastrofy. To brak szacunku. Fakt, że stało się to, gdy przygotowujemy się do obchodów pierwszej rocznicy katastrofy, to upokorzenie i policzek dla Polaków i Polski. To pokazuje, jak Rosjanie wyobrażają sobie polsko-rosyjskie pojednanie”. Przypominają się w tym miejscu zdecydowane deklaracje premiera Tuska o partnerstwie polsko-rosyjskim, czy o „pełnym zaufaniu do rosyjskiego partnera”.

Ale to, co oczywiste jest dla Pani Zuzanny Kurtyki i wszystkich, którzy w sobotę i niedzielę domagali się prawdy o tragedii smoleńskiej, nie jest oczywiste dla rządzących Polską kolaborantów. Na ten oburzający afront ze strony Rosjan polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zareagowało w charakterystyczny dla siebie bojaźliwy, żeby nie powiedzieć – tchórzliwy sposób. „MSZ jest zaskoczone zamianą tablic na kamieniu upamiętniającym miejsce katastrofy smoleńskiej” – mówił rzecznik MSZ Marcin Bosacki. Typowe – od kiedy pamiętam, to w sytuacjach gdy obrażani są Polacy, gdy ośmieszana jest Polska, MSZ jest zawsze zaskoczony. Czy po to wywalamy z pieniędzy podatników na służbę dyplomatyczną grube miliony, aby słuchać utyskiwań i wiernopoddańczego skamlenia? Można tylko sobie wyobrazić rozbawienie, jakie ta wypowiedź musiała wywołać w rosyjskiej ambasadzie. Podobnie zresztą jak równie tchórzliwie wyartykułowane „oczekiwanie” przez stronę polską od strony rosyjskiej „większej wrażliwości i współpracy”. Ale co może powiedzieć urzędnik, którego zwierzchnicy przez cały rok zapewniali – wbrew oczywistym faktom – że tylko Rosjanie są w stanie drobiazgowo i rzetelnie poprowadzić śledztwo? Co może powiedzieć urzędnik w rządzie, którego premier konsekwentnie powtarzał – nawet w obliczu działań rosyjskich śledczych, od których nam Polakom włos na głowie się jeżył – że ma pełne zaufanie do strony rosyjskiej.

Wydawało się, że po początkowym „zaskoczeniu” polscy dyplomaci przystąpią do ofensywy… No i przystąpili – wezwano nawet rosyjskiego ambasadora, co w mediach głównego nurtu wyniesiono do rangi czynu heroicznego. I co? I nic! Na tym ofensywa się skończyła, bo sparaliżowani swoją zuchwałością polscy dyplomaci za dobrą monetę przyjęli wyjaśnienia strony rosyjskiej, że poprzednią tablicę usunięto, ponieważ została umieszczona spontanicznie, bez konsultacji z władzami rosyjskimi, no i – jak przekonywał rosyjski ambasador – na tablicy w tak ważnym miejscu powinien być napis w dwu językach: po polsku i po rosyjsku – mniejsza o to, że skandalicznie ocenzurowany. Wydaje się, że strona polska kupiła to wyjaśnienie i cały wysiłek rządowej propagandy zostanie skierowany na urobienie w tym kierunku polskiego społeczeństwa.

Warto jeszcze w tym kontekście odnieść się do krótkiej, a jakże znamiennej wypowiedzi rzecznika rządu Pawła Grasia. – „Ktoś, kto podjął decyzję o zamianie tablicy osiągnął swój cel. Na dzień przed rocznicą katastrofy, zamiast wspominać ofiary katastrofy wszyscy mówią o tablicy. Przywołajmy w naszych sercach pamięć o zmarłych” – apelował w sobotę rzecznik rządu Donalda Tuska. Jest to wypowiedź niezwykle cyniczna i skrajnie faryzejska. Wynika z niej, że na haniebną prowokację Rosjan nie należało reagować. Widocznie i tę sprawę należało w charakterystyczny dla Platformy Obywatelskiej sposób natychmiast zamieść pod dywan udając, że nic się nie stało, co zresztą wydaje się robić swoimi pozorowanymi działaniami MSZ. Może i Rosjanie podmienili tablice, ale przecież złożyli wspaniałe, imponujących rozmiarów, godne bizantyńskiego przepychu wieńce. Przecież wszystko jest w porządku – wydaje się przekonywać Graś. Obrzydliwe w tym wszystkim jest to, że osobnik ten chce przykryć mataczenia rządu „przywołaniem do naszych serc pamięci o zmarłych”. To jest dopiero polityczna nekrofilia.

Analizując wypowiedzi polskich oficjeli rodzi się wątpliwość czy aby na pewno Rosjanie w kwestii tablic działali bez konsultacji z Warszawą? Pewne światło w tej sprawie rzuca wypowiedź wspomnianego rzecznika gubernatora Smoleńska Andrieja Jewsiejenkowa, który wyraził przekonanie, że konsultacje w sprawie zmiany tablic odbywały się na szczeblu Ministerstw Spraw Zagranicznych Rosji i Polski. Warto by ten wątek zbadać i do końca wyjaśnić czy polski MSZ przypadkiem w tej sprawie nie kłamie? Rzecznik polskiego MSZ wspomniał, że strona polska już wcześniej proponowała Rosjanom, „aby rozmawiać o treści napisu razem z rozmowami o kształcie pomnika”. Kto wie, czy w trakcie tych kontaktów nie dano Rosjanom – może nawet milczącego – przyzwolenia do podmiany tablic. Mieliśmy już podobne zawirowania przy okazji pomnika bolszewików w Ossowie, gdzie winni okazali się ci, którzy za pośrednictwem usłużnych medialnych kloak przekonywali, że są niewinni. Jakby jednak na to wszystko nie patrzeć sytuacja ta pokazuje, że bitwa o prawdę o mordzie katyńskim nierozerwalnie sprzęgła się z bitwą o prawdę o Smoleńsku.

A bitwa przybiera na sile, angażując nawet międzynarodowe „autorytety”. Kilka dni temu w kontekście zbliżającej się rocznicy tragedii smoleńskiej w rozmowie z Polską Agencją Prasową ceniony skądinąd historyk prof. Norman Davies dopuścił się prymitywnej manipulacji, której wielu z nas w naszej naiwności po nim się nie spodziewało. Otóż ten mąż uczony (jak się okazuje niekoniecznie mądry) powiedział, że Polacy powinni się wyleczyć z „odruchowej podejrzliwości” wobec Rosjan. Chociaż mówi ogólnie Polacy, to jednak jasno pokazuje, że miał na myśli wyłącznie środowiska patriotyczne skupione wokół Prawa i Sprawiedliwości. Jednocześnie, pomimo ogólnikowych przykrywek, całość rozmowy odnosi się do tragedii smoleńskiej. Dlaczego więc zdaniem uczonego powinniśmy wyleczyć się z „odruchowej podejrzliwości” wobec Rosjan? A dlatego, że – jak przekonuje – Rosji zależy na dobrych stosunkach z UE i Polską, bo Rosja – oprócz ropy i gazu – „nie ma Europie wiele do sprzedania” i dlatego „nie chce historycznych sporów”.

W oczach prof. Davisa, który jeszcze nie tak dawno nie krył fascynacji naszymi historycznymi dokonaniami, Polacy (wbrew pozorom chodzi mu tylko o tych skupionych wokół ruchu społecznego jaki ukształtował się po smoleńskiej tragedii) stali się kompletnymi psychopatami, którzy uwielbiają babrać się w rozdzieraniu jątrzących się ran. Trudno powiedzieć co wpłynęło na jego w tym względzie przemianę – może konferencja gen. Anodiny, która przedstawiła światu Polaków jako nieodpowiedzialnych wariatów, którzy sami pakują się w tarapaty, a później mają pretensje do całego świata. Dotychczas pilnie studiujący naszą historię prof. Davies najwyraźniej zrobił sobie w ciągu ostatniego roku urlop, bo przeoczył fakt, że my po prostu kochamy Prawdę, i rozumiemy, że bez niej nie będzie pojednania kogokolwiek z kimkolwiek, zaś w relacjach z innymi państwami cenimy szczerość i takiej samej oczekujemy – także w relacjach z Rosją. Jeżeli Moskale czują z tego powodu dyskomfort, to już jest ich problem, nie nasz. Nie zauważył, że mierzi nas i męczy ciągłe zachowywanie czujności w oczekiwaniu na kolejne obelgi i wiarołomstwa ze strony rosyjskiego „partnera”. I niestety, jak pokazują ostatnie zawirowania, nie jest to oczekiwanie próżne. Profesor Davies radzi nam wyleczyć się z „odruchowej” podejrzliwości wobec Rosjan i nie wie nawet, że tymi stwierdzeniami nie tylko zasmuca nas ale wręcz obraża, wpisując się w cepowatą retorykę „Gazety Wyborczej”, która ludzi kochających własną Ojczyznę przedstawia jako psychicznie niezrównoważonych patologicznych idiotów. Gorzej – dostarcza amunicji gen. Anodinie i jej politycznym zwierzchnikom.

Nasza podejrzliwość wobec tych, co panują nad narodem rosyjskim jest jak najbardziej racjonalna i prof. Davies, jako znawca i apologeta historii Polski powinien o tym wiedzieć jak mało kto. Od 300 lat władające Rosją elity, dla których honor i normy moralne są pojęciami nieistniejącymi, zajmują się tylko jątrzeniem, dzieleniem Polaków, okłamywaniem i łamaniem wszelkich porozumień. Nasza podejrzliwość nie jest odruchowa. Pakt Ribbentrop-Mołotow i 17 września 1939 r. są faktami, a nie naszymi wymysłami, podobnie jak proces podstępnie schwytanych przez Rosjan 16 przywódców Polskiego Państwa Podziemnego. Trwająca przez 70 lat kampania oszczerstw i kłamstw o sprawcach zbrodni katyńskiej, też jest faktem i jak pokazuje sobotni incydent z podmianą tablicy upamiętniającej ofiary tragedii sprzed roku – wcale się nie skończyła. Jak mamy ufać komuś, kto prowadzi niezwykle ważne dla nas śledztwo w sposób urągający wszelkim dobrym obyczajom, kto celowo niszczy dowody, ucieka się do matactw, kto nas ośmiesza przed całym światem, kto odbiera nam nawet możliwość godnego uczczenia naszych bohaterów? Czy zaufanie buduje się obrażając i poniżając?

To prawda, że – jak stwierdził uczony zza kanału La Manche – „Rosja nie ma wiele do sprzedania Europie z wyjątkiem ropy i gazu”, ale niekoniecznie prawdą jest, że „Kreml nie chce niepewności i destabilizacji powodowanych ciągłymi historycznymi sporami z Polską o sprawy dawno przesądzone”. Jak pokazuje sprawa smoleńskiej tablicy chyba jednak chce, bo jątrzenie i generowanie podziałów w elitach władzy innych państw jest filarem polityki zagranicznej Rosji. I aby to wiedzieć nie trzeba jakiejś uniwersyteckiej wiedzy. Wystarczy być Polakiem i mieć elementarne rozeznanie w realiach politycznych relacji z Rosją. Dlatego zalecaną przez prof. Daviesa „cierpliwą dyplomację” wobec Rosji można odebrać w najlepszym razie jako żart w złym guście. To, że po Rosji można się spodziewać wyłącznie najgorszego, to nie żadna wiara, jak usiłuje wmawiać nam prof. Davies, lecz kilkusetletnie doświadczenie potwierdzone piątkowo-sobotnim incydentem.

Szczególnie skandaliczna jest wypowiedź Daviesa bezpośrednio odnosząca się do tragedii smoleńskiej. Najpierw więc usprawiedliwia Rosjan twierdząc, że jak na rosyjskie standardy śledztwo „nie było najgorsze”, po czym, jak rasowy POlszewik, zaatakował Prawo i Sprawiedliwość, zarzucając mu uprawianie „czarnej propagandy”. – „Nie ulega wątpliwości, że mamy do czynienia z czynną akcją podyktowaną chęcią wywołania podejrzeń i nieufności po to, by krytykować rząd za różne rzeczy. Najbardziej rażąca jest w tym kontekście czarna propaganda o katastrofie smoleńskiej, nieustannie grająca na jednej nucie, sugerująca, że kryje się w niej jakaś złowroga tajemnica. Myślę, że w ostatecznym rachunku okaże się, że był to wypadek, w którym główna odpowiedzialność spada na polskie lotnictwo, polskich organizatorów wizyty i urzędników kancelarii Prezydenta” – powiedział autor Bożego igrzyska w rozmowie z PAP, dodając, że bardzo by się zdziwił, gdyby się miało okazać inaczej. Jakbyśmy słyszeli samego Adama Michnika.

Davies zarzuca Prawu i Sprawiedliwości, że nie jest partią opozycyjną w takim sensie, jak pojmuje się opozycję w Wielkiej Brytanii, „ponieważ opozycja będąca elementem demokratycznego systemu rządów musi uznawać mandat rządu do rządzenia, czego Prawo i Sprawiedliwość nie uznaje”. – „Tak zwana opozycja, którą jest PiS, jest w istocie dziką krytyką rządu (...) chwytającą się każdej kwestii, którą może obrócić przeciw rządowi” – przekonuje Davies, uciekając się do prymitywnych uproszczeń.

Nie można porównać brytyjskiej sceny politycznej do polskiej. W ciągu swojej długiej historii Wielką Brytanią nigdy nie rządzili kolaboranci, podczas gdy Polską od czterystu lat z bardzo krótkimi przerwami rządzą tylko kolaboranci i obserwując politykę zagraniczną ostatnich trzech i pół lat, rządy Donalda Tuska w pełni wpisują się w tę tradycję. Prawo i Sprawiedliwość tylko o tym otwarcie mówi i konsekwentnie to wykazuje, nie posługując się w przeciwieństwie do oksfordzkiego profesora ogólnikami typu „jest pan wielbłądem”. Jeśli dla tak wybitnego naukowca domaganie się pełnej prawdy o przyczynach i kulisach jednej z największych tragedii w dziejach naszego narodu jest „dziką krytyką”, to należy mu tylko współczuć.

Tyle lat studiów, pięknych dzieł, a mimo to prof. Davies nie zauważył, że w odniesieniu do Rosji nie mamy do czynienia z cywilizowanym partnerem, lecz z pozbawioną czci i honoru postbolszewicką dziczą. Kipiące ze ścian kremlowskich wnętrz złoto i noszone przez Putina i Miedwiediewa markowe garnitury w niczym nie zmieniają tego faktu. Niestety, za sprawą polskiego zwycięstwa z 1920 r. nie dane było Brytyjczykom zasmakować bolszewickiej „wytworności”, czego – jak wnioskuję po okazywanej Polsce wrogości, w chwili gdy krasnoarmiejcy stali na przedpolach Warszawy – bardzo pragnęli. Jako wybitny historyk Europy Wschodniej prof. Norman Davies powinien wiedzieć, że Rosja uznaje tylko dwa rodzaje państw – wrogów i wasali. Każdy, kto uważa, że jest jeszcze jakaś kategoria, jest po prostu naiwniakiem. Pierwszych Rosja szanuje, drugimi pogardza. Kim są ci, co nami rządzą? W sobotę był test. Można być pewnym, że w analogicznej, lecz odwrotnej sytuacji (rosyjski samolot rozbił się w Polsce), pierwsza dama Rosji nie zalegalizowałaby uwłaczających ofiarom katastrofy i narodowi rosyjskiemu ocenzurowanych duplikatów, lecz złożyłaby kwiaty pod najbliższym drzewem. A jak zrobiła Anna Komorowska? Wszyscy wiemy. Po raz kolejny czeliści postawili na swoim.


Czytaj także:
Ofiary dziewiątego kręgu, czyli nasza polska katabaza
Galilejczyku zwyciężysz! - albo milczenie owiec w sprawie krzyża

Soûl comme un Polonais, czyli chocholego tańca ciąg dalszy

 

 

 

 
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama


stat4u