A.D.: 14 Kwiecień 2021    |    Dziś świętego (-ej): Julianna, Justyna, Walerian

Patriota.pl

Prawda zawsze zwycięża, bowiem zawsze to, co zwycięża jest prawdą.
Gabriel Laub

 
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Błąd
  • Nieudane wczytanie danych z kanału informacyjnego.

Rzecz o roku 1863 - Strona 5

Drukuj PDF
Spis treści
Rzecz o roku 1863
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Strona 9
Strona 10
Strona 11
Strona 12
Strona 13
Strona 14
Strona 15
Strona 16
Wszystkie strony

Rzucenie się Wielopolskiego w wir wypadków było genialne. Zrozumiał wszystkie korzyści i wszystkie niebezpieczeństwa położenia, zrozumiał, że ostatnia wybiła godzina wprowadzenia sprawy na pośrednią, zbawienną drogę, którą od pewnego czasu zalecał, przedstawiał i określił w swoich projektach adresów; zrozumiał, że należy ją obrać, aby uniknąć dwóch ostateczności: gorączki i szału, w ich następstwie upadku, prostracji obojętności dla rzeczy publicznej; zrozumiał, że czerwoni pchają kraj do zguby, biali już niezdolni przed nią zasłonić; że nadszedł czas inicjatywy osobistej, działania jednostki. Czuł do niego w sobie potrzebne warunki, pragnął je dla dobra narodu i jego zbawienia zużytkować. Pojął, że położenie nie da się inaczej uratować, jak biorąc władzę, wybrał po temu sposobną chwilę. Zręcznie, odważnie, z przeświadczeniem – może zbyt wielkim – własnej siły, wziął część władzy w ręce, aby ją następnie w większej mierze posiąść. Żeby w ówczesnym zamęcie pojęć i wypadków tak postąpić, trzeba było być niezwykłym umysłem i niezwykłym charakterem.

Niezwykłym też był człowiekiem zwłaszcza w Polsce margrabia Aleksander Wielopolski. Ożywiony przywiązaniem do sprawy własnego narodu, miał na wskroś usposobienie i charakter człowieka publicznego, żądzę działania, odznaczenia się i znaczenia, chęć zrobienia czegoś niepospolitego dla swojego społeczeństwa i zapanowania nad nim; świadomość, że wyzyskać można choćby najtrudniejsze położenie. Środkami były silna wola, wielki rozum poparty gruntowną i obszerną nauką oraz wybitne osobiste znamiona, odrębne od współczesnych, w części od zwykłych narodu polskiego właściwości. Rzadką u Polaków obdarzony był odwagą cywilną. Zdolności wyjątkowych nie tylko w Polsce był to umysł wyższy i głęboki, który w każdym społeczeństwie byłby górował, w każdym zabłysnął, przez każde inne niż polskie zużytkowanym zostałby dla dobra ogółu. Wykształcony klasycznie, wychowany na wzorach rzymskich, wszechstronny, przy tym był to myśliciel ciągły, nieznużony, który od zadań filozoficznych przechodził do społecznych, ekonomicznych, politycznych, odnosząc zawsze wszystko do stosunków, w których się urodził, żył dla własnego narodu i kraju. Publicysta i pisarz pierwszorzędny, stylista zwięzły i treściwy, mówca, nawet retor niepospolity, z tych, którzy raczej narzucają swe zdanie siłą rozumowania własnego i przekonania, niż starają się przekonać. Słowa, które z ust jego wychodziły, ujęte w niezwykłą formę, bogate były w myśli na przemian trafne, głębokie i świetne; drażniły nieraz, bo upokarzały mierność.

Aleksander Wielopolski miał przez całe życie uprawnione, choć niebezpieczne przeświadczenie swej wyższości nad własnym społeczeństwem, niezręczność okazywania go umyślnie czy bezwiednie. Wada niemała w narodzie, w którym poczucie równości stało się było nałogiem. […]

Miał poczucie władzy, ale nie miał wprawy w jej wykonywaniu. Prawodawca brał zbyt często górę nad człowiekiem politycznym, nad człowiekiem czynu. Znał lepiej naukę ustawodawczą niż sztukę rządzenia.

I stało się, że jeden z najpiękniejszych okazów organizacji politycznej, że niezwykłej miary człowiek publiczny, prawodawca, głębokimi obdarzony poglądami mąż stanu, wszędzie niepospolity, w Polsce wyjątkowy, twór przyrody w dziedzinie politycznej, jaki w polskim społeczeństwie prawdopodobnie przed licznymi latami nie ukaże się, zmarnowany został dla dobra tego społeczeństwa i jego sprawy, i że ten jeden, który w ówczesnych okolicznościach uratować mógł położenie, wraz z nim zaprzepaszczony został, że i ten, który zbawić mógł, od zguby nie uchronił. Zobaczymy w dalszym ciągu, kto tu był głównym, jeżeli nie jedynym winowajcą – człowiek czy społeczeństwo, i zobaczymy, jak podrzędne wady, drobne usterki człowieka, więcej niż istotne jego niedostatki przeszkodziły społeczeństwu skorzystać z wielkich przymiotów i wyjątkowych zalet. Zaiste widok przykry, bolesny, upokarzający.

Ze wstąpieniem do rządu Wielopolskiego społeczeństwo polskie podzieliło się, raczej rozpadło na trzy części.

Około Andrzeja Zamoyskiego skupili się byli ludzie i tworzyli prawdziwe stronnictwo szlacheckie, chociaż do niego i mieszczanie należeli. Wielopolskiego otaczało nieliczne, ściślejsze grono, złożone przeważnie z rodziny. Czerwoni we wszystkich odcieniach urządzali, kierowali ruchem, spiskiem, tajnym działaniem, które przecież jawnie się objawiało. W wypadkach zatem rozpadały się siły i czynniki na trzy, niezgodne ze sobą części, z których ostatnia – czerwoni, zmierzała do zgubnej dla wszystkich ostateczności.

Jak z błędów tych trzech części skorzystać miał czynnik obcy, tak z rozdziału dwóch pierwszych, nabrać siły do swych bezmyślnych i zgubnych przedsięwzięć, musiała część trzecia – czerwoni.

Prócz różnic zasadniczych, grono Andrzeja Zamoyskiego i nieliczny zastęp Wielopolskiego rozdzielały ludzkie słabości, słabostki, wrodzone Polakom nałogi, a tamte nieraz za wymówkę i pokrycie tych drugich służyć miały. Biegiem zwykłym rzeczy, około jednego i drugiego, skupiały się różne ambicje, żądze, także drażliwości i miłości własne; tak bardzo w dawnej Polsce wybujały antagonizm rodowy miał się i tutaj odezwać, nie mniej osobisty; i niewątpliwie trudność wynalezienia obok Wielopolskiego, w porządku rzeczy, któremu nadawał piętno, równorzędnego dla Andrzeja Zamoyskiego stanowiska, wytworzyła jedną z przeszkód przystąpienia szczerego jego zwolenników do dzieła Wielopolskiego i dania mu należytego, zupełnego poparcia. Wobec przeszłości i teraźniejszości Andrzeja Zamoyskiego, wydawało się wielu, może i jemu samemu, abdykacją nie tylko osoby, ale systemu i sprawy narodowej, którą przedstawiał, zajęcie drugiego przy Wielopolskim miejsca i fatalnie przygotowywała się, rozwijała, wzmagała wśród tych wypadków dziejowa w Polsce klęska – antagonizm osobisty. Spotkały się wreszcie i zderzyły dwie polskie dumy, odziedziczone po przedrozbiorowej Polsce rodowe i własne; jedna jawnie się ukazująca, druga wewnątrz ukryta.

W stosunku między Andrzejem Zamoyskim a Wielopolskim stało się także czynnikiem to wzajemne przeświadczenie, iż jeden był pierwszym w kraju obywatelem, drugi najmądrzejszym w narodzie człowiekiem; powstała stąd pewna zazdrość między wyższością moralną i wyższością umysłową.

W Polsce łatwiej pojmuje każdy potrzebę dyktatury dla siebie, niż uznaje konieczność poddania się dyktaturze innego. Przecież czasy były takie, wypadki tego rodzaju, że – jak w Rzymie – w chwilach najważniejszych i tu rodzaj dyktatury, oddanie sprawy w jedne ręce było konieczne, i że ją wykonać mógł skutecznie tylko Wielopolski. Szczęściem było, że człowiek zdolny do niej ukazał się na widowni, że warunek niezbędny do niej władzę uzyskał; zaślepieniem, że tego nie zrozumiano, grzechem, że jej nie przyjęto, nieszczęściem, że jej pochwycić i wykonać nie zdołał Wielopolski.

Im więcej czuli wszyscy jego wyższość, tym trudniej przychodziło każdemu poddać się jej. Już w nazwach Pan Andrzej i Margrabia tkwiła głębsza, niż na pozór zdawać się mogła, przyczyna zbliżenia się społeczeństwa do pierwszego, oddalenia od drugiego. W pierwszym upatrzono przywódcę, w drugim obawiano się władcy.

W Polsce zdziałać mogą politycznie coś użytecznego i trwałego tylko wyjątkowe jednostki, tą samą złączone myślą lub jeden człowiek, co Wielopolski miał określić słowy: “Dla Polaków można czasem coś dobrego zrobić, z Polakami nigdy”. Że jednak takie jednostki lub taki człowiek naruszają równość, rażąc zadawniony jej nałóg, że nie odpowiadają przeważającemu usposobieniu, lubującemu się w mierności, są zwykle zapoznane, nieraz wstrętne, czasem znienawidzone, “nie potrzeba wielkich ludzi, to nadweręża równość”, tak że dla powodzenia trzeba by być wyższym człowiekiem, a nie dać poznać, że się nim jest. W ślad za tym idzie zawiść i zazdrość, wady ogólnoludzkie, lecz które mają w polskim społeczeństwie odrębne znamiona – zawziętości raczej niż współzawodnictwa. Zawiść polska i zazdrość polska, ścigają się nie dlatego, że ktoś jest w posiadaniu stanowiska, które zająć by się pragnęło, lecz że na nim jest; nie sięgają po nie, ale zepchnąć pragną tego, kto je zajmuje. Zawiść i zazdrość tym silniejsze, że nie z zewnątrz powstają, ale w wewnętrznym usposobieniu każdego mają siedzibę. Zawiść i zazdrość są ogólnoludzkimi namiętnościami. Nieraz w dziejach objawiły się w wielkim stylu i niepospolitych skutkach. W Polsce doprowadzały do nikczemności lub niedorzeczności.

Zasadniczą przyczyną rozdziału między zwolennikami Zamoyskiego i Wielopolskiego, jak zobaczymy powodem, iż brakło mu rzetelnego poparcia z tej strony, była myśl niepodległości i nadzieja obcej pomocy do odzyskania jej; obawa zrzeczenia się bytu państwowego przez przystąpienie do dzieła Wielopolskiego i zadowolenia się nim. Te zakorzenione uczucia i wyobrażenia ówczesnego pokolenia stawiły główną przeszkodę temu dziełu. Dla wielu były wymówką wygodną, pokrywającą niższe o wiele powody. Wielopolski przecież nie dokonał rzeczy możliwych, bo wszyscy pragnęli niemożliwych.

Gdybyśmy przyjęli za podstawę rozumowania uczucie, którym niewątpliwie kierowali się biali, przywiązania do nadziei niepodległości, to i wtedy stronnictwo to winno było z danymi, w których posiadaniu było, postawić sobie na razie przynajmniej jako program – wszystko lepsze niż powstanie, skoro wojna europejska o sprawę polską niemożliwa. Brakło do tego odwagi, wobec samych siebie i wobec innych; sprowadziło to zwykłe małoduszności następstwa. Skoro biali tego programu ani postawić, ani wykonać nie zdołali, a Wielopolski spisku nie obezwładnił, rosnąć i wzmagać się musiał. W założeniu i celach bezrozumny, w środkach był przebiegły, zręczny, zapobiegliwy, odważny, śmiały o tyle, o ile inni dobrodusznymi, niezręcznymi, nieprzewidującymi, bezradnymi się okazali. Ogólna atmosfera sprzyjała mu.

Tu najważniejsze nasuwa się pytanie: dlaczego wobec niebezpieczeństwa spisku, z przeświadczeniem, że nie ma co najmniej bliskich widoków wojny o Polskę, biali nie dokonali zwrotu i nie poparli zbawczego i ochronnego systemu Wielopolskiego; dlaczego Wielopolski nie pozyskał białych?

Oprócz ogólnych oraz psychologicznych powodów oddalających białych od Wielopolskiego, dlatego istotnie, stanowczo i szczerze nie poparli go, bo tego nie uczynił ich przedstawiciel i przywódca Andrzej Zamoyski. Skoro pogodzić się nie mógł z Wielopolskim, a ten zjednać go sobie nie zdołał, biali nie poparli Wielopolskiego. Andrzej Zamoyski rozumiał tylko samorząd; rządu w prawdziwym jego znaczeniu, zwłaszcza obcego, nie pojmował, podczas gdy Wielopolski rządu sprawować nie potrafił lub mu do tego czasu zabrakło. Zamoyski mniemał, że samopomocą, pracą organiczną, dojdzie kraj do wszystkiego, wreszcie do wyzwolenia się; dlatego nie chciał wkraczać w zakres polityki. Nie przewidział, że nadejdzie chwila, w której narzuci się ona jako konieczność. Miał wstręt do przewagi państwa, polski, tradycyjny i dziedziczny; wyrobił sobie przesadne wyobrażenie o sile pracy organicznej; nie czuł, że bez kompromisu z władzą, brakowało jej wśród ówczesnych okoliczności podstawy. Poczytywał jako skalanie społeczeństwa wszelkie zwrócenie się do rządu z żądaniami; o nic go prosić nie chciał. Wierząc w swoje teorie, był nie tylko przeciwny ruchowi ówczesnemu, także ujęciu go w rękę. […]



 
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Krótkie spięcia

Wieści z frontu

EUR PLN CHARTS

Zwróć uwagę

Uwaga, może zaboleć:
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

stat4u