A.D.: 14 Kwiecień 2021    |    Dziś świętego (-ej): Julianna, Justyna, Walerian

Patriota.pl

Cała nasza wiedza zbliża nas do ignorancji, cała nasza ignorancja zbliża nas do śmierci.
Thoms Stearns Eliot

 
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Błąd
  • Nieudane wczytanie danych z kanału informacyjnego.

Rzecz o roku 1863 - Strona 13

Drukuj PDF
Spis treści
Rzecz o roku 1863
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Strona 9
Strona 10
Strona 11
Strona 12
Strona 13
Strona 14
Strona 15
Strona 16
Wszystkie strony

Już niejednokrotnie zwracaliśmy uwagę na podobieństwo w tej mierze narodów żydowskiego i polskiego. Czuł je Zygmunt Krasiński i pilnie czytywał dzieje pierwszego, skreślone przez Józefa Flawiusza. Jak Żydzi mawiali: “Aż do Eufratu! Aż do Egiptu! Od morza do morza!” – wśród największych klęsk i upadków, tak samo Polaków wyobraźni i próżności odpowiadało porozbiorowe hasło: “Od morza do morza” oraz rewindykacje ziem, które podczas istnienia niepodległego stracili byli lub których dobrego posiadania zapewnić sobie nie potrafili. Żydowskim i polskim hasłom, rewindykacjom, zapędom zarówno zbywało na rzeczywistości. Miłość ojczyzny, która jest najrzetelniejszą i najistotniejszą miłością, wyrodziła się u Żydów i Polaków w abstrakcję, która wznieść się chciała ponad kraj, społeczeństwo, byt narodowy i przemienić się pragnęła w jakieś bóstwo, które wymagało ofiary tego wszystkiego, czemu niewolniczo służyć był powinien patriotyzm, ofiary kraju, społeczeństwa, bytu narodowego. W następstwie, zdolność do poświęceń i ofiar przeistoczyła się w marnotrawstwo i samobójcze zapędy. I tu miary nie było.

Wiara z męskiej cnoty przemieniła się w dziecinną i kobiecą łatwowierność; zamiast być oświeconą i rozumem kierowaną, co jest w rzeczach ludzkich niezbędne, stała się ślepą, jak ta, która w nadludzkich tylko jest potrzebna, wreszcie zaślepiona przeistoczyła się w fanatyzm, w fanatyzm względem siebie samych, który pchał do męczeństwa, do narażania się na prześladowania, do katowania narodu przez naród. Wiara taka stała się niebezpieczeństwem nowym dla rzeczy publicznej w Polsce nie tylko dlatego, że nią się zadowalało społeczeństwo, ale i dlatego, że stawiała siebie ponad sprawą i bytem narodowym. Jak człowiek wierzący poświęca nieraz swej wierze dobro państwa, tak społeczeństwo, żyjące tylko wiarą, wyrządza zbyt często sprawie, w którą ślepo wierzy, szkodę.

W wierze polskiej nie było miary. Taka wiara zrodzić musiała nie zdrową nadzieję, potrzebną we wszelkich ludzkich rzeczach i działaniach, ale całe potomstwo chorowitych, wątłych, przecież namiętnie, z zaślepieniem, grzesznie ukochanych nadziei. Wiara przemieniona w łatwowierność zrodziła bezpodstawne, zwodnicze nadzieje. Naród żył wyłącznie nadzieją, lekceważąc sobie i zaniedbując wszelkie inne czynniki i dźwignie bytu. Nadzieja odzyskania niepodległości wystarczała mu tak dalece, że nie zwracał uwagi na byt narodowy, nie cenił go sobie i stąd lekkomyślnie narażał go na ciosy i klęski; nie szukał też właściwych sposobów wzmocnienia i ustalenia go, bo on mu się wydawał zbyt podrzędnym wobec bytu państwowego. Oczekując większego dobra, zadowolić się nie mógł mniejszym. I przyszło do tego, że naród polski karmił się, oddychał tylko nadzieją. Społeczeństwo całe w niej zanurzone nie mogło ani się rozrastać, ani wzmacniać. Naród bowiem, który tylko nadzieją żyje, podobny jest do ciała zatopionego w słoju napełnionym spirytusem. Spirytus przechowuje zatopione w nim ciało, lecz ono przestaje być zdolne do nowego życia. Całe istnienie narodu polskiego, ograniczone do nadziei sprawiało, iż pozostawał w tym stanie, w jakim się znajdował, gdy się zanurzył w spirytusie; nie mógł też przystąpić do nowych zadań, nie mógł odżyć bytem narodowym, tym samym nabrać sił, organizm swój uzdrowić i rozrosnąć się.

Stało to w zupełnej sprzeczności z polityką i jej wymaganiami. Polityka nakazuje bowiem zawsze i w każdym położeniu starać się o wzmocnienie i rozwój organizmu, o przysparzanie mu sił żywotnych. Organizm rozrastać się i wzmacniać się może tylko na świeżym powietrzu, życiem czynnym, poruszaniem członków, przyjmowaniem pokarmów zdrowych. Co innego otucha, która do męskiej pobudza pracy; co innego taka nadzieja, która tylko do marzeń i złudzeń nakłania. Pierwszej nigdy wyzbywać się nie należy, drugiej strzec się trzeba.

W polskiej nadziei nie było miary i dlatego mogło zabraknąć otuchy. Wyłączne oddanie się narodu polskiego nadziei odzyskania bytu państwowego, czyniło go obojętnym na wszystko, co bezpośrednio nie ziszczało jej; odsuwało i pozbawiało go zarazem wszelkiego innego życia, nie pulsującego tą jedyną nadzieją.

Stąd powstały dwie ostateczności: naród żyjący tylko nadzieją odzyskania niepodległości albo biernie zasklepiał się w niej, albo zrywał się do jej spełnienia. W pierwszym wypadku pozbawiał się świeżego powietrza i zdrowych pokarmów; w drugim zbyt ostrym powietrzem oddychał, a karmił się konfortatywnymi; skazywał organizm na martwotę lub wycieńczenie.

Żadne społeczeństwo, w jakimkolwiek znajduje się położeniu, nie może się obejść bez zdrowych pokarmów, a karmić się konfortatywami; pierwsze niezbędne są do życia i rozwijania organizmu; drugie niechybnie wywołać muszą nieodpowiednie organizmowi wysilenia, przebranie miary, szaleństwa, unicestwienie. Toteż wstrzymywanie się od zdrowych pokarmów, czyli od istniejącego, na rzeczywistości opartego życia, zarazem upajanie się jedynie nadzieją, musiałoby sprowadzić śmierć organizmu narodowego. Zdrowy pokarm to praca około rzeczy publicznej, około bytu narodowego, to ta praca, która nazwana na przemian organiczną, dodatnią, zachowawczą, określić się da jedynie słowami: zawsze i wszędzie robić to, co się da w istniejących warunkach i otaczających naród okolicznościach, w przekonaniu, że zawsze coś zrobić się da, ale robić to tylko, co się da.

Konfortatywy to drażnienie uczucia patriotycznego lub granie na nim, to tak zwane budzenie ducha na to, aby zawsze i wszędzie zrywać się do tego, co się ani da zrobić, ani osiągnąć można w danych warunkach i otaczających okolicznościach. Zdrowy pokarm prowadził do wzmocnienia bytu narodowego, konfortatywy do przedsięwzięć i powstań, podkopujących i niszczących go.

Stworzyło to dwa w dziejach naszych porozbiorowych systemy, które niestety nigdy w ostatniej stanowczej, psychologicznej chwili nie pozostały oddzielne i naprzeciw siebie stojące, lecz w tej właśnie chwili zlewały się ze sobą. I to nieubłaganie rozmiary klęski zawsze zwiększało, to ogólnej klęski istotną stawało się przyczyną, a przeszkadzało położyć tamę wznawianiu błędów i katastrof.

Z tych dwóch systemów, pierwszy nie wykluczał wcale nadziei, przeciwnie, na niej się opierał, przecież nie czynił z niej wyłącznego żywiołu życia narodowego; zamiast zamykać je całe w nadziei tylko, w jej spirytusie, zamiast marynować zatem społeczeństwo, chciał mu użyczyć świeżego powietrza i karmić go zdrową strawą, wprawiać do pracy i czynnym życiem przygotowywać do lepszej przyszłości, zarazem lepszą przyszłość. Słowem, chciał robić co się dało i tylko to, co się dało w danych warunkach, wiedząc o tym i świadcząc, że zawsze i w najgorszych warunkach coś jest do zrobienia i zrobić się da. Była to prawdziwa, istotna praca około bytu narodowego, a nie przesądzając przyszłości zakrytej przed wzrokiem śmiertelnych stwierdzała istnienie narodu i jego obowiązki po i mimo upadku państwa polskiego.

Tadeusz Czacki, Śniadeccy, Czartoryscy i Puławy; w epoce wstępnej do wypadków, którymi się zajmujemy między 1831 a 1861 r., Marcinkowski, Edward Raczyński, Gustaw Potworowski w Wielkim Księstwie Poznańskim, Leon Sapieha w Galicji, zwłaszcza Andrzej Zamoyski w Królestwie Polskim oraz wielu obok niego i z nim, byli twórcami i przedstawicielami tego systemu. Zachowawczy, w najlepszym tego słowa znaczeniu, pod względem narodowym system ten był odporny względem wrogów narodu polskiego, a zdobyczami, które na polu ekonomicznym, naukowym, cywilizacyjnym i etycznym zapewniał społeczeństwu, mógł rozszerzyć jego znaczenie i wpływ, mógł sięgnąć po nowe dobra. Następstwa jego przy wytrwaniu w nim są nieobliczalne, bo byłby oszczędził Polsce klęsk, których skutki obrachować się nie dadzą, a przysporzył siły, której zmierzyć niepodobna.

Ale ten system i przedstawiający go ludzie o tyle mieli dla ogółu, może i dla siebie samych, znaczenie a mir u powszechności, o ile ona w nim upatrywała myśl, początek i podstawę działania na rzecz niepodległości; o ile ci ludzie nie kwitowali.

System drugi, jeżeli nie wykluczał, to nie tylko utrudniał, ale i uniemożliwiał wszelką praktyczną około bytu narodowego pracę, wszelkie zasilanie organizmu zdrowymi pokarmami, gdyż skupiając całe życie w nadziei i usiłowaniach odzyskania bytu państwowego, pomiatał tym wszystkim, nieraz szydził z tego, co wprost do niego prowadziło; przeszkadzał użyciu najskuteczniejszych środków ustalenia i wzmocnienia bytu narodowego; cały patriotyzm dogmatyzował, całą działalność skupiał w spiskach i powstaniach, które pochłaniały nie tylko zasoby, ale myśli, uczucia i czynności, całe istnienie narodu dla przedsiębrania zawsze i wszędzie tego, co się osiągnąć nie dało, a w danych warunkach było widocznym niepodobieństwem. Podczas gdy pierwszy system gromadził zasoby, drugi je roztrwaniał. Drugi był pod względem narodowym istotnie demagogicznym, bo zachciankom i bezrozumowi rzeczy poświęcał dobro ogółu zapewnione rozsądkiem, mądrością, przezornością i pracą celniejszych w społeczeństwie. “Lud przecież – czytamy o Izraelu – miał wciąż nadzieję i wciąż się modlił. Lud nie traci nigdy nadziei, gdyż nie wie, co to jest zwątpić. Nie ma dla ludu zawodu, bo nie ma dla niego doświadczenia. Po dziesięciu pogromach mówi jeszcze, że niezawodnie źle wzięto się do rzeczy i że trzeba na nowo rozpoczynać”.

Ten kierunek niepoprawnych, co nigdy doświadczenia nabyć nie umieli, przedstawiało całe stronnictwo, nazwane rewolucyjnym o tyle słusznie, o ile łączyło sprawę polską ze zwycięstwem ogólnej rewolucji i przewrotem stosunków europejskich, które przecież istotnie winno się było nazywać powstańczym, gdyż zawsze gotowe było z bronią w ręku, bez obliczenia warunków i widoków oraz stosunku sił rozpoczynać na oślep krwawą walkę o niepodległość Polski, z poświęceniem jej bytu narodowego. Demagogiczne było ono, bo szalone jak wszelki demos, demagogiczne, bo w znacznej części złożone z pośledniejszych w narodzie żywiołów, przede wszystkim z najmłodszych. Ono też dawało hasło i początek wszelkim zgubnym przedsięwzięciom od 1830 do 1863 r.

Uosabiał je w tej epoce, przedstawiał i przeważnie kierował nim człowiek jakby zesłany, aby szerzyć zniszczenie, aby zamęt w pojęciach narodu wytwarzać, a klęski jego bytowi zadawać. Postać apokaliptyczna, której wpływ niezaprzeczony pozostanie zagadkowym zarówno, jak zdumiewającym. Mierosławski przedstawiciel i apostoł szału i niedorzeczności, dobrowolnej zatraty, ofiar i poświęceń szkodliwych, w mowie bezrozumny, w czynach zgubny, do zwycięstw bezsilny a wszelkie szumnie zapowiadający, zwiastun i twórca tak politycznych, jak wojskowych klęsk, z pogromów wychodzący z nowym zapasem szkód dla narodu, używał przecież znaczenia, wywarł na dwa pokolenia wpływ niemały, był wyrocznią swojego stronnictwa i do życia najskuteczniej powoływał tegoż system szerzący zniszczenie i śmierć. A to dlatego jedynie, że przemawiał jednocześnie do wad i do przesad przymiotów narodowych, do braku wszelkiej miary i równowagi, do braku zatem zmysłu i rozumu politycznego. Mierosławski potęgą bezrozumu działał na społeczeństwo polskie. Zrywał się z motyką na słońce i tę z lekkim sercem wypuszczał z dłoni, aby ją znowu podnosić w okrutnej dla społeczeństwa polskiego igraszce.

System drugi i stronnictwo przedstawiające go musiało wskutek swej istoty i z interesu być przeciwne, nawet wrogie systemowi pierwszemu, gdyż pierwszy nie tylko obezwładniał drugie, ale czynił je niepotrzebnym. Stąd walki wewnętrzne i starcia tak w kraju, jak na emigracji.

System pierwszy, wytrwale przeprowadzony, wykluczał spiski i zbrojne powstania, wykluczał je, pomimo iż nie wyzuwał się z nadziei odzyskania bytu państwowego. Skoro bowiem jego zasadą było – to robić, co się dało i to tylko, co się dało w danych okolicznościach – nie mógł ani pchać, ani wspierać, ani zgadzać się na tajne przygotowania do zbrojnych ruchów oraz na ruchy i walki o niepodległość, dopóki by nie miał pewności, iż wskutek obcej pomocy będą mogły dopiąć celu. Taka obca pomoc istotna, skuteczna, zmierzająca do odbudowania państwa polskiego mogła nadciągnąć jedynie z wielką wojną europejską; zatem dopóki taka wojna nie wybuchłaby i nie dotarła do ziem polskich z zamiarem wyswobodzenia ich, niepotrzebne były, a przez przedstawicieli pierwszego systemu za marne i zgubne uznane być musiały, zbrojne powstania, tym samym poprzedzające je spiski.

Tak więc, system pierwszy wykluczać się zdawał i wykluczać powinien był drugi, a wytrwale i niezachwianie przeprowadzony byłby go obezwładnił, w końcu zabił. A przecież nie zdołał uczynić go nieszkodliwym i niezgubnym.

Nie będziemy raz jeszcze przypominać niepotrzebnych w położeniu narodu polskiego szkód, które system drugi wyrządził, znane są i odczute srogo. Działanie jego byłoby jednak pozostało tylko szkodliwe, z winy nie systemu pierwszego, ale stronnictwa i ludzi, którzy go przedstawiali, stało się zgubne.

Stronnictwo przedstawiające pierwszy system nie powinno było nigdy przyłożyć ręki do działań i czynów stronnictwa drugiego systemu, narażających byt narodowy, niweczących jego własne dzieło. Jedynie w wypadku obcej pomocy, już istniejącej i wystę­pującej czynnie, mogło przejść z pracy około bytu narodowego do walki o byt państwowy. Wszystkie niepotrzebne a zabójcze przedsięwzięcia porozbiorowe byłyby tym sposobem zażegnane lub byłyby mniej szkodliwe, bo – jak powiedzieliśmy – system drugi bez poparcia ze strony stronnictwa przedstawiającego system pierwszy mógł tylko częściowe sprowadzać klęski, nigdy zgubę ogólną. Stało się inaczej!

Nie było nigdy w Polsce mniejszości dość silnej, aby cnotami swymi i stałością zdania zrównoważyła wady i błędy ogółu; nie było tym samym siły, która by potrafiła i zdołała oprzeć się zgubnym praktykom, nieszczęsnym zapędom, próbom zabójczym. Stronnictwo przedstawiające system pierwszy było wyborową mniejszością, której to było obowiązkiem dlatego, że gatunkowo była najcelniejszą. Lecz obowiązku tego nigdy nie spełniła. Stronnictwo to nie umiało ani razu przewidzieć i rozpoznać niebezpieczeństw grożących od systemu drugiego, zgotowanych przez stronnictwo, które go przedstawiało. Złemu w zarodzie zaradzić nie potrafiło.

“Przewidując złe z daleka – mówi Machiavelli – zapobiega mu się łatwo; jeżeli się czeka aż cię dotknie, za późno wtedy i choroba jest nieuleczalna. Staje się to, co się zdarza lekarzom z suchotami, które w początkach łatwo wyleczyć, a trudno rozpoznać, które po pewnym przeciągu czasu, gdy się ich nie rozpoznało i w zarodzie nie leczyło, stają się łatwymi do rozpoznania, a trudnymi do wyleczenia. To samo dzieje się w sprawach publicznych; przewidując z daleka ich obrót – co jest właściwe tylko ludziom niepospolitym – zapobiega się spiesznie złemu, które by z niego wyniknąć mogło; gdy zaś nie przewidziawszy takowego, pozwala mu się wzrosnąć do tego stopnia, że każdy je widzi, nie ma już lekarstwa”.

Nie zdoławszy złemu zaradzić, stronnictwo systemu pierwszego nie umiało od udziału w nim i od rozszerzenia jego rozmiarów uwolnić się. W stanowczych dwóch chwilach porozbiorowych w 1830 i 1863 roku nie wytrwało na zajętym stanowisku, nie zostało wierne własnemu przekonaniu i systemowi, dało się porwać złemu, któremu zaradzić nie umiało, czym szkodę w zgubę przemieniło.

Że w usiłowaniach systemu drugiego między 1831 a 1863 rokiem stronnictwo systemu pierwszego tylko częściowy, ograniczony wzięło udział lub nawet czoło im czasem stawiło, szkodliwe ich następstwa pozostały częściowe i ograniczone, co świadczy, jak wytrwałość w raz obranym kierunku i stanowczość systemu pierwszego wobec systemu drugiego byłyby miały ważność. Wytrwałości, stanowczości, stałości mniejszości dość silnej duchem, aby zrównoważyć ujemne strony i wady przymiotów społeczeństwa brakło narodowi polskiemu i to jest punkt główny w jego porozbiorowych zwłaszcza dziejach; w tym tkwi przyczyna istotna klęsk i zawodów, z którymi się spotkał. Brak wytrwałości i stałości, brak stanowczości zdania u rozsądnych, poważnych, roztropnych, rozumnych, wobec przedsięwzięć nierozsądnych, lekkomyślnych, nierozważnych, niedorzecznych był także następstwem wad narodu. Wygórowana próżność, wykształcona dawnym ustrojem Rzeczypospolitej Polskiej i jej konstytucją, wymagających poszukiwania popularności i wzięcia nawet kosztem przekonania, zniknięcie wskutek tego odwagi cywilnej, która nie mogła się wśród urządzeń Rzeczypospolitej wyrobić, duma osobista i rodowa, która na tle tych urządzeń potwornych, bo arystokratyczno-demokratycznych, wybujała, były wadami politycznymi, które niepodległa Polska przekazała porozbiorowej i które stały się, w znacznej części, przyczynami błędnego zachowania się i karygodnego postępowania zachowawczych żywiołów. Nie potrafiły one nie tylko zapobiec, ale nawet odłączyć się od przedsięwzięć i działań zgubnych dla narodu – a przecież było to ich powołaniem. W społeczeństwie, w którym zło nie znajduje przeciwwagi musi ono wziąć górę.



 
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Krótkie spięcia

Wieści z frontu

EUR PLN CHARTS

Zwróć uwagę

Uwaga, może zaboleć:
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

stat4u